Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej. Argentyna, Brazylia, Kolumbia etc. Uwagi, analizy, komentarze, także konteksty pozasportowe.
Creative Commons License

BloGalaxia

Blogi Sportowe





RSS
czwartek, 09 lipca 2009
Perrella zbyt pewny swego?

Jak pewnie wszystkim wiadomo, wczorajszy pierwszy mecz finałowy Copa Libertadores między Estudiantes de La Plata i Cruzeiro Belo Horizonte zakończył się bezbramkowym remisem.

Z punktu widzenia Brazylijczyków to bez wątpienia cenny (i szczęśliwy!) rezultat. Tym bardziej, że rewanż rozegrany zostanie w stolicy stanu Minas Gerais. W tej sytuacji prezes Cruzeiro Zeze Perrella jest już pewny swego. Dzisiaj zapowiedział, że zamierza zmontować silny zespół na grudniowe klubowe mistrzostwa świata. Oczywiście unikał podawania jakichkolwiek nazwisk, ale jedno udało się zeń wycisnąć. Do Brazylii powrócić ma znany z występów w Internacionalu Porto Alegre Kolumbijczyk Wason Renteria (kiedyś popełniłem tekst pośrednio z nim związany). Perrella jak to Perrella nie widzi problemu nawet w tym, że do Benfiki sprzedany został znakomity Ramires, a prawdopodobnie wyemigruje także Kleber. Prezes obiecuje sprowadzenie równie dobrych zastępców...

By zgadzał się budżet, charyzmatyczny sternik A Raposa zapowiedział znaczną podwyżkę cen biletów na finał. Miejsca stojące mają kosztować ok. 80 reali (półfinałową potyczkę z Gremio można było obejrzeć pałacąc o połowę mniej), za zajęcie krzesełka trzeba będzie zapłacić nawet 150 reali (półfinał był o 60 reali tańszy). By uzasadnić podwyżki Perrella przywołał ceny biletów na zeszłoroczny mecz Brazylia - Argentyna (nawet 200 reali), zaapelował do kibiców o zrozumienie oraz dodał, że pozyskane środki ma zamiar przekazać na ekstra premie dla piłkarzy...

Gdyby nad wyraz pewny siebie Perrella sięgnął do dzisiejszego wydania Ole, być może w jego duszy zagościłby niepokój. Z kolei dla piłkarzy Estudiantes (szczególnie tych którzy zmarnowali dobre sytuacje strzeleckie - Mauro Boselli!) taka lektura mogłaby być ukojeniem.

Oto balsamiczne (z argentyńskiego punktu widzenia) ustalenia redakcyjnych statystyków:

Aż trzy argentyńskie drużyny powróciły z Belo Horizonte z tarczą. W 1978 roku w fazie półfinałowej Copa Libertadores Boca Juniors pokonało na Mineirao 2 - 1 Atletico Mineiro. Zresztą Xeneizes wygrali całe rozgrywki, bijąc w finale Kolumbijskie Deportivo Cali. Rok temu w ćwierćfinałach Boca rozegrało znakomity mecz z Cruzeiro zakończony zwycięstwem 2 - 1. CL wygrać się nie udało, ale spotkanie to uchodzi za jedno z najlepszych (zgadzam się z tą opinią) rozegranych pod wodzą już nie pracującego na La Bombonera Carlosa Ischii. Wreszcie Mineirao było szczęśliwe także dla aktualnego mistrza Argentyny Velezu Sarsfield. W 1994 roku gracze El Fortin zremisowali 1 - 1 mecz grupowy z Cruzeiro, by kilka miesięcy później, po pamiętnym boju z Sao Paulo, sięgnąć po Puchar Wyzwolicieli (off-topic mały: z rewanżu najlepiej pamiętam Jose Luisa Chilaverta pokazującego Mullerowi, w który róg ma strzelać karnego; Muller skutecznie kopnął dokładnie tam, a słynny Paragwajczyk rzucił się w drugą stronę; jako kibic Sampy decydującą serię "jedenastek" wyparłem z pamięci... no może poza słynną scenką, w której Muller po kolejnym tego dnia wyprowadzeniu w pole słynnego bramkarza, w kilku krótkich słowach wyjaśnił mu, co sądzi o jego irytującym zachowaniu na boisku).

Gdyby komuś było jeszcze mało, to uczynne Ole informuje, że w latach 1964, 1972, 1973 (Independiente), 1967 (Racing Club), 1978 i 2000 (Boca Juniors) argentyńscy finaliści Copa Libertadores otwierali rywalizację remisami, co nie przeszkadzało im ostatecznie być lepszymi od oponentów. Tylko raz sztuka ta się nie udała - w 2004 roku, gdy Boca Juniors przegrało z Kolumbijskim Once Caldas Manizales.

Bardzo jestem ciekaw co zdarzy się w Belo Horizonte. Coś mi mówi (i nie są to tylko powyższe statystyki), że Perrella wita się z gąską nieco za wcześnie...

23:17, sergiuszbober
Link Komentarze (7) »
niedziela, 28 czerwca 2009
Po angielsku o barras bravas

Dzisiaj znowu wykręcę się sianem... znaczy linkiem.

Tym razem chcę polecić świeżuteńki (z piątku) tekst How the gangs are ruining argentinian football pióra współpracowniczki brytyjskiego The Guardian Marceli Mory y Araujo.

O ile sugerowaną przeze mnie wczoraj lekturę Tima Vickery'ego można sobie odłożyć na później, tak dzisiejszy artykuł skonsumować należy natychmiast. To rzadka okazja, by w języku Szekspira przeczytać o argentyńskim futbolu tekst dotykający zjawisk wykraczających poza to co na zielonej murawie, czy transferowe spekulacje w kontekście letnich wzmocnień klubów z Premiership.

Szczerze mówiąc, od ładnych kilku dni sam zbierałem się do popełnienia obszernego wpisu o niesłabnącej fali przemocy na trybunach argentyńskich stadionów. Na szczęście Marcela mnie ubiegła, bo z powodu braku czasu ów tekst mógłby nigdy nie powstać. A sprawa jest więcej niż poważna. Tylko w ostatnich dniach barras bravas dali o sobie znać podczas następujących spotkań:

a) Independiente - San Lorenzo. W przerwie meczu, przy biernej postawie policji, barras obrzucili bramkę Independiente racami oraz strzykawkami (!) wypełnionymi czerwoną substancją, co sugerować miało, iż gracze Los Diblos Rojos nie dają z siebie podczas meczów wszystkiego. Według argentyńskiej prasy organizatorzy tej manifestacji dogadali się z władzami klubu ustalając, że te pozwolą im spokojnie protestować (czytaj lżyć) piłkarzy, jeśli oszczędzony zostanie zarząd.

b) Huracan - Arsenal. Wielką fiestę w Parque Patricios popsuły bójki na trybunach pomiędzy frakcjami barras Huracanu, walczącymi m. in. o dochody ze sprzedaży podczas meczów napojów, klubowych pamiątek etc. Temperatura sporu jest już na tyle wysoka, że w pozastadionowych starciach śmierć poniosły dwie osoby.

c) Estudiantes - Nacional. Podczas półfinału Copa Libertadores na trubunach laplateńskiego Estadio Unico doszło do bezprecedensowego przypadku użycia broni palnej. Przywódca barras Estudiantes Fabian Giannotta (pseudonim Conejo) od pewnego czasu przeczuwał, że jego pozycja jest zagrożona przez rosnące wypływy niejakiego Uruguayo (dane oficjalne: Sergio Chans), wobec czego postanowił dać mu nauczkę. Nie tylko zdołał wnieść pistolet na stadion, ale także dzierżąc go w dłoni przemierzył w asyście przybocznych kilka sektorów, po czym postrzelił rywala... Wszystko to wyglądało tak:

Jak informowało Ole Conejo i Uruguayo bezpośrednio starli się już wcześniej. Kilka miesięcy temu podczas asado (argentyński odpowiednik swojskiego grilla) wywiązała się dyskusja bodaj na temat darmowych wejściówek na mecze. Ostro broniący swoich racji Uruguayo zrejterował dopiero po tym, jak jeden z dyskutantów przyłożył mu do głowy nabity rewolwer...

Przytoczone przeze mnie przykłady to nie tylko rejestr aktów przemocy. Łatwo dopatrzeć się w nich także kontekstu, w jakim wszystko to się dzieje: bierność policji, konszachty władz klubów z barras, walka o poważne pieniądze (w grę często wchodzi nie tylko sprzedaż pamiątek, ale także narkotyków na przylegających do stadionów ulicach).

Gdy rozmyślałem nad ewentualnym wpisem, przypominały mi się także rozmaite "wyczyny" barras z przeszłości, związane z nimi komentarze etc. Oto pierwsze z brzegu:

a) Udział czterech "kibiców" Estudiantes w zamordowaniu fotografa tygodnika Noticias Jose Luisa Cabezasa w 1996 roku.

b) Zdemolowanie kilka miesięcy temu siedziby Newell's Old Boys przez grupę barras związaną z pokonanym w wyborach kontrowersyjnym prezesem Eduardo Lopezem.

c) Niedawna wypowiedź (oczywiście anonimowa) jednego z działaczy River Plate, w której stwierdził, że dopuszczenie barras do zarządzania klubem "stworzyło potwora".

d) Wreszcie cała lista wydarzeń związanych z Rafaelem Di Zeo, czyli wszechwładnym szefem La12, słynnej barra Boca Juniors. Czego tutaj nie ma... Do moich "ulubionych" historii należą: wymuszenie w kwietniu 2007 roku na Martinie Palermo, Rodrigo Palacio i Pablo Migliore wizyty w więzieniu w Ezeiza, gdzie piłkarze udzielić mieli moralnego wsparcia przebywającemu tam, wraz z pięcioma towarzyszami, Di Zeo; pamiętna wizyta w dziecięcym szpitalu Garrahan, gdzie Rafa wraz Migliore i Catą Diazem rozdawał zabawki małym pacjentom; epizod z tournee po fanclubach Boca w interiorze, gdy w Rio Tercero (prowincja Cordoba) szef La12 rozdał kilka razy więcej autografów niż towarzyszący mu Migliore (wówczas rezerwowy bramkarz Boca).

Nawet nie wspominam o takich związanych z La12 "detalach" jak:

- Wymuszanie "datków" od piłkarzy i trenerów. Kilkukrotnie nieoficjalnie przyznawali, że to prawda trenerzy Carlos Bilardo i Hector Veira oraz piłkarze (np. Raul Cascini). Na "współpracę" w tym zakresie z barras nie zgodzili się Carlos Bianchi i Jorge Habegger. Tego drugiego przegoniły z klubu pogróżki i obelgi, Bianchi zamkną barras usta bezprecedensowym pasmem sukcesów. Co jakiś czas powraca także kwestia rzekomego udziału La12 w ogromnych zyskach z transferów piłkarzy Boca do Europy.

- Odsprzedawanie osobom trzecim przyznawanej barras puli darmowych biletów. By sprawa była jasna: z tymi biletami wchodzić powinni na stadion członkowie La12, ale nikt nie ma odwagi ich kontrolować. W rezultacie sami oglądają spotkania za darmo, a wśród kupców wejściówek jest sporo zagranicznych turystów spragnionych kontaktu z gorącą atmosferą słynnej "Bombonierki".

- Zarabianie na "ochronie" i pilnowaniu samochodów widzów przy okazji organizowania na La Bombonera meczów, czy koncertów.

- Organizowanie za opłatą szkoleń w zakresie "kibicowania" dla mniej biegłych w tej sztuce barras z zagranicy. Swego czasu argentyńska prasa informowała, że tego rodzaju lekcje pobierali goście z Meksyku, Kolumbii, a nawet Hiszpanii.

itp. itd.

A to naprawdę czubek góry lodowej. Oczywiście najbardziej nagłaśniane są sprawy związane z najpopularniejszymi klubami, ale w niższych ligach, czy na prowincji jest identycznie. W grę wchodzą tylko nieco mniejsze pieniądze...

Najsmutniejsze jest to, że barras poczynają sobie w ten sposób od wielu lat, a ich członkowie pozostają niezmiennie bezkarni. Artykuły takie jak ten Marceli Mory y Araujo pozwalają zrozumieć to niepokojące zjawisko nieco lepiej.

PS Polecam także zapoznanie się z komentarzami pod tekstem. Wiele z nich znacznie wzbogaca jego treść.

PS1 Temat barras bravas parokrotnie przewinął się przez Futbolin. By dotrzeć do tekstów wystarczy wpisać do wewnątrzblogowej wyszukiwarki takie słowa jak: barras, di zeo, rousseau...

19:20, sergiuszbober
Link Komentarze (7) »
sobota, 27 czerwca 2009
Tim Vickery. Czytajcie go!

Być może już to regularnie robicie. Jeśli nie, to jego blog natychmiast znaleźć powinien się wśród ulubionych stron każdego szanującego się miłośnika latynoskiego futbolu.

Mówiąc krótko Vickery to taki anglojęzyczny Tomasz Wołek, czyli ktoś kto o piłce nożnej z drugiej półkuli wie wszystko. Zresztą wystarczającą rekomendacją jest to, że jego blog publikowany jest przez powszechnie szanowany serwis BBC Sport. Vickery piłką nożną zajmuje się od wielu lat (jest zapalonym kibicem Tottenhamu i Barcelony), długo mieszkał w Brazylii. Być może niektórzy z czytelników Futbolin kojarzą jego teksty publikowane w prestiżowym miesięczniku World Soccer. Mamy więc tutaj do czynienia ze znakomitą kombinacją: fachowa wiedza podawana przy relatywnie niskiej barierze językowej.

Ostatnio Vickery poświęcił sporo uwagi reprezentacjom z Ameryki Południowej, w ciekawy sposób analizując fundamentalne zmiany w taktyce Canarinhos wprowadzone przez Dungę, czy przyczyny sukcesów kierowanej przez Marcelo Bielsę reprezentacji Chile. Także publikowane pod wpisami komentarze warte są przynajmniej szybkiego przejrzenia, gdyż znaleźć można w nich sporo frapujących opinii czytelników z niemal każdego zakątka świata.

Blog Vickery'ego zawiera jeszcze jedną ciekawą rzecz. Otóż na podany pod wpisami e-mail można wysyłać dotyczące latynoskiego futbolu pytania. Autor wybiera te, które uzna za najciekawsze i odpowiedzi na nie zamieszcza pod nastepnym wpisem. By zaprezentować jak to wygląda, poniżej przeklejam te figurujące pod aktualnym wpisem.

Q) I noticed my club Liverpool were linked with a move for a Uruguayan midfield player, Nicolás Lodeiro, who is playing with Nacional. Just wondered if you could tell me any more about him? I saw reports suggesting that Barcelona were also monitoring his progress, would you say that Liverpool/Barcelona were a level he was capable of reaching? I also saw some rather fanciful comparisons with Leo Messi, but is that simply lazy stereotyping? Any information would be appreciated.
Neil Jones

A) He's my favourite thing this year. Little left-footed attacking midfielder - but less of a dribbler than Messi, more of a passer. Makes the game flow so well because he usually knows what he's going to do before he receives the ball. Made a big impression at the start of the year in he South American Under-20 Championships, then went straight into the Nacional side and is their top scorer as they've reached the Libertadores semis for the first time since they last won the thing in 1988. I think he's starting to look a bit tired, which is no wonder.
I have very high hopes of him, but would hope that he doesn't move right away to a club where he won't be getting a regular game.

Q) Sao Paulo's star player Hernanes has been doing pretty well by all accounts in Brazil and many commentators over there have said he is ready for a big European move. Do you think AC Milan supposed interest make him automatically 'Kaka's successor', or do you think he's a different player altogether?
Speedy Gonzalez

A) I rate him very highly and think the time has come for him to move. He's not Kaka at all - rather than someone who runs at the opposing defence with the pace, power and directness of Kaka, he's someone who should be used a bit further back. He is versatile, but stands out for his ability to pass the ball well off either foot. For reasons mentioned in the article above, nowadays Brazil can be cruel on this type of player - they would rather fill central midfield with athletes and markers - and confusion about his role has been a factor in a slump of form recently.
For last week's key quarter-final match in the Libertadores Sao Paulo left him on the bench in favour of a bully boy marker who was sent off in the first half. It is one of the most depressing selections I've ever seen and it got what it deserved.
Rather than Milan, I'd prefer to see Hernanes in Spain.

A teraz wywołuję do tablicy.

Czy śledzący rozgrywki urugwajskie czytelnicy Futbolin (pamiętam Xeneize, że ty kiedyś byłeś bardzo na bieżąco z tym co w Montevideo i okolicach) zgadzają się z Vickerym w kwestii Lodeiro? Do mnie osobiście najbardziej przemawia ostatnie zdanie. Powinien zostać w Nacionalu jeszcze przez jakieś dwa lata i dopierto potem wyjechać, ale doświadczenie uczy, że należy być w tej kwestii raczej pesymistą.

Sprawa druga - Hernanes (Polones!). Fakt, ostatnio bez formy. Ale moim zdaniem Vickery ma rację. Z takich piłkarzy nie można rezygnowac, bo jedno ich zagranie, przebłysk odwaracają losy meczu. Za konsekwencje tego szalonego pociągnięcia Mauricy Ramalho zapłacił głową...

PS Jeśli można, chciałem pozdrowić spółkę autorską Michał Rutkowski - Paweł Wujec, czyli Supergigantów i twórców kultowej rubryki "Fruwając pod koszem", która ku mojemu ogromnemu zdziwieniu zniknęła z "Gazety Sport". Tak się składa, że pisuję przeważnie o futbolu, ale gram najczęściej w koszykówkę, którą uwielbiam. Dzięki "Fpk" od wielu lat co poniedziałek mogłem dowiedzieć się czegoś ciekawego o NBA, a nawet jeśli nie zgadzałem się z autorami to rekompensowały mi to z nawiązką ich lekki styl, poczucie humoru i zaskakujące pomysły. Teraz wszystko szlag trafił. Wiem - jest Supergigant. Wiem - R&W zapowiadają, że w jakiejś formie powrócą. Jak to napisał Michał Pol (zresztą w komentarzu na Supergigancie) "papier sucks". W sumie racja, ale przyjemnie było czasami podelektować się "Fpk" przy porannej kawie. Jeszcze kilka takich pociągnięć i w nadwiślańskiej prasie sportowej nie będzie do czytania zupełnie nic... Pozdrawiam raz jeszcze i trzymam Was za słowo, że w jakiejś formie "Fpk" będzie nadal z nami! Acha (to do MR), ja bardzo dobrze pamiętam Stacey'a Augmona :)

09:58, sergiuszbober
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Sunday Sunday

O ile piłkarska sobota nad La Platą rozczarowała (patrz poprzedni wpis), to niedziela była co najmniej tak dobra jak przywołany w tytule utwór grupy Blur. Naturalnie największe oczekiwania towarzyszyły spotkaniom Huracan - Arsenal i Lanus - Velez, ale i to co działo się wcześniej trzymało przyzwoity poziom. Poniżej skupię się na trzech spotkaniach, z różnych powodów interesujących.

1. Rozpoczęli piłkarze Estudiantes i Colon Santa Fe.

Goście przystępowali do meczu z cieniem szansy na mistrzostwo, a także z nadzieją na awans do Copa Sudamericana. Gospodarze mają na głowie półfinał Copa Libertadores, w lidze nie grają już o nic, wobec czego wybrali grę rezerwowym składem. Początkowo gra była wyrównana, ale sprawą oczywistą było to, że złożona z anonimowych postaci (Matías Sarulyte - Juan Manuel Huerta - Marcos Rojo - Raúl Iberbia) obrona Estudiantes musi prędzej czy później paść. Nastąpiło to po świetnej akcji Facundo Bertoglio i Alfredo Ramíreza, którą wykończył Germán Rivarola. Przez pozostałą część spotkania zawodnicy Antonio Mohammeda spokojnie kontrolowali przebieg wydarzeń. Co prawda weteran Jose Luis Calderon zdobył kontaktowego gola na 2 - 1 (wcześniej prowadzenie Colon podwyższył Ramirez), ale nie pociągnęło to za sobą oblężenia bramki Diego Pozo. W końcówce wynik ustalił inny bramkostrzelny weteran Esteban Fuertes, zamieniając na gola dośrodkowanie z rzutu rożnego Matiasa Oyoli. Dodajmy - rzutu rożnego, którego nie było. Widział go tylko prowadzący mecz arbiter Gabriel Favale...

Colon nie rozegrał w La Placie meczu porywającego, ale obserwując jego grę łatwo było domyślić się, co spowodowało, że notuje najlepszy sezon od chwili powrotu do ligowej elity w 1994 roku. Solidna defensywa (wczoraj najlepszy był Ariel Garce), naprawdę niezła pomoc (potomek Niemców nadwołżańskich Sebastian Prediger to jedna z najlepszych "piątek" w lidze, co zauważył już także Diego Maradona; warto zapamiętać nazwiska wspomnianych młodych zdolnych Bertoglio i Ramireza), w ataku najskuteczniejszy ligowy strzelec, 36-letni i z wiekiem coraz lepszy (!) Bichi Fuertes. Mam nadzieję, że Colon (w ostatniej kolejce gra z Boca) jednak przebije się do Copa Sudamericana, bo drużynie tej po prostu należy się nagroda za tak dobry sezon.

Oto bardzo ładne bramki z tego spotkania:

2. Następnie zaprezentowały się ekipy Godoy Cruz i River Plate.

Millonarios, co stało się w ostatnich miesiącach regułą, grali przede wszystkim o zachowanie twarzy. Z kolei piłkarze z Mendozy musieli wygrać, by oszczędzić sobie 180 minut nerwów w barażach. Uczynili to dzięki skromnemu zwycięstwu 1 - 0. O meczu niewiele da się powiedziec poza tym, że zaangażowanie gospodarzy wystarczyło do pokonania po prostu beznadziejnego River. Bramkę na wagę złota strzelił w 9 min. Ivan Borghello i to z nią związany jest pewien "smaczek". Borghello swego czasu grał w Newell's Old Boys Rosario. Poczynał tam sobie na tyle nieźle, że stał się jedną z wiodących postaci mistrzowskiego zespołu z Apertury 2004 (wsławił się m. in. dwoma bramkami zdobytymi przeciwko Boca na La Bombonera). Jego wczorajsze trafienie spowodowało, że Godoy Cruz uratował się przed barażami kosztem lokalnego rywala Newell's, czyli Rosario Central (rozegra dwumecz z Belgrano Cordoba). Jakby tego było mało, na prawej i lewej obronie River zagrali wczoraj Paulo Ferrari i Cristian Villagra, czyli byli piłkarze i wciąż mocno zaangażowani kibice Canallas. Przed meczem odgrażali się zresztą, że uczynią wszystko by pomóc swojemu dawnemu klubowi...

Oto trafienie Borghello po ładnym podaniu Victora Figueroy. Nie wiem czy dla Villagry i Ferrariego pocieszeniem jest to, że nie oni odpowiadali za ten sektor boiska.

3. Wreszcie nadeszło to na co wszyscy czekali, czyli mecze na szczycie. Ja wybrałem spotkanie Huracan z Arsenalem i nie żałuję.

Kierowany przez znakomitego Mario Bolattiego Huracan rozegrał mecz niemal doskonały, spokojnie wygrywając 3 - 0. Być może nastawiony wyjątkowo defensywanie Arsenal stawiłby bardziej zacięty opór, ale już w 24 min. boisko po obejrzeniu drugiej żółtej kartki opuścić musiał Cristian Pellerano. Ponadto bardzo szybko upomniany został także z konieczności wystawiony na prawej obronie Josimar Mosquera, co zmusiło go do bardziej ostrożnej gry. Warto podkreślić,  że w każdej z trzech sytuacji dobrze prowadzący zawody Javier Collado miał rację. Kary były konsekwencją różnicy w umiejętnościach technicznych i przygotowaniu szybkościowym obu zespołów.

Praktycznie przez całe spotkanie piłkarze z Parque Patricios byli niemal non stop w posiadaniu piłki, a gdy tylko ją tracili niemal natychmiast odzyskiwał ją wszędobylski Bolatti. Zresztą ten właśnie piłkarz zdobył w 37 min. pierwszą bramkę po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Patricio Toranzo.

W drugiej połowie przez pewien czas było nieco nerwowo, gdy kolejne ataki Huracan nie przynosiły skutku w postaci podwyższenia prowadzenia. W częste dyskusje z arbitrem wdawał się poirytowany młody gwiazdor Javier Pastore, coraz częściej do akcji ofensywnych włączali się zaniepokojeni boczni obrońcy Carlos Arano i Carlos Araujo. Na szczęście dla gospodarzy spokój zachowywał Bolatti, a drużyna wkrótce powróciła do tego co potrafi najlepiej. Wymieniane na coraz większej szybkości podania (słynne już huracanowskie tiqui tiqui) w końcu musiały przełamać obronę osłabionego Arsenalu. W 80 min. Toranzo wykończył jedną z takich akcji, w której udział wzięli Bolatti, Leonardo Diaz i Pastore.

Trzy minuty później wygraną przypieczętował Matias Defedeirco, ale bohaterem tej akcji był nie kto inny jak Bolatti, odpowiadający za realizację na boisku przyświecającego trenerowi Angelowi Cappie hasła joga bonito. Sposób w jaki na własnej połowie przechwycił podanie rywali i wyprowadził kontrę był po prostu oszałamiający. Wszystko to widać na poniższym wideo:

Rozgrywany w tym samym czasie bezpośredni pojedynek Lanus i Velez zakończył się remisem 1 - 1. W efekcie Huracan jest liderem tabeli z przewagą jednego punktu nad El Fortin. Za dwa tygodnie, w ostatniej kolejce, El Globo i Velez rozegrają spotkanie w Liniers, które rozstrzygnie losy mistrzostwa. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że będzie to argentyński mecz roku...

16:42, sergiuszbober
Link Komentarze (12) »
niedziela, 21 czerwca 2009
"Klasyk"

Cudzysłów w tytule nie jest przypadkowy, gdyż to co zaprezentowały dzisiaj Independiente i San Lorenzo uznać można za antyreklamę argentyńskiej pierwszej ligi. Naturalnie znając aktualną formę obu zespołów nie oczekiwałem wielkiego spektaklu, ale aż tak niski poziom był dla mnie zaskoczeniem.

Sytuacja prowadzącego Independiente Tolo Gallego jest dramatyczna. Przerwa w rozgrywkach może okazać się zbyt krótka, by zdołał poukładać to, co od dłuższego czasu jest w zupełnej rozsypce. Jedyni piłkarze, których z czystym sumieniem posłać może na boisko to lider zespołu Rolfi Montenegro i bramkarz Fabian Assmann. Dzisiaj obaj przerastali swoich kolegów o dwie głowy. Gdyby nie starania Montenegro, bramka San Lorenzo nie byłaby ani razu zagrożona (raz bliski pokonania Navarro był także Lucas Pusineri, ale jego zagranie było zupełnie przypadkowe)! W pierwszej połowie, po podaniu Dario Gandina (jego jedyne udane zagranie w całym meczu) Rolfi miał dobrą okazję do otwarcia wyniku, ale znakomicie wyszedł z bramki Hilario Navarro. W drugiej połowie błyskotliwym podaniem stworzył jedyną groźną sytuację pod bramką Ciclon, niestety nie wykorzystaną przez kolegów. Niewielkiego wsparcia udzielał mu przede wszystkim młody Roberto Vissio, robiąc nieco (podkreślam - nieco) zamieszania na lewej flance. Aktywny starał się być także Gaston Machin, ale widoczna była raczej jego charakterystyczna blond czupryna niż udane akcje. W pierwszej połowie w miarę solidnie prezentowała się defensywa, w szczególności zaś będący nie do przejścia Eduardo Tuzzio. Jednak w drugiej części gry piłkarze San Lorenzo mieli pod bramką gospodarzy tyle swobody, że w miarę dobre wrażenie uległo zupełnemu zatarciu. Wszystko to złożyło się na obraz przypadkowej grupki naprędce skrzykniętych zawodników, posłanych do gry bez jakiegogkolwiek taktycznego planu.

Gościom, nawet w obecnej formie, wystarczyły minimalne środki, by zdobyć komplet punktów. Sprawę załatwił właściwie w pojedynkę Santiago Solari. Początkowo niewidoczny, w drugiej połowie nabrał ochoty do gry i co rusz przedzierał się lewym skrzydłem, nieźle dogrywając do kolegów lub samemu strzelając. Po jednym z przebojów wyłożył piłkę Andresowi Silverze, który bez problemów trafił do siatki. Obrona Independiente nie uczyniła nic, by tę akcję przerwać. Później Indio trafił w słupek oraz zmarnował sytuację sam na sam z Assmannem.

Dzięki wygranej San Lorenzo praktycznie zapewniło sobie start w Copa Sudamericana 2009.

Pewnie parę słów na temat tego spotkania mógłbym z siebie jeszcze wydusić, ale nie ma to sensu. Naprawdę rzadko zdarza mi się oglądać tak kiepskie mecze...

00:16, sergiuszbober
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 czerwca 2009
Brazylijskie przekleństwo Sao Paulo

No cóż, można powiedzieć, że wykrakaliśmy to z Polonesem - Sao Paulo pożegnało się z Copa Libertadores, będąc bezdyskusyjnie słabszym zespołem od Cruzeiro. Relację z meczu przeczytać można na znakomitym blogu mojego kolegi. Ja skupię się na dwóch statystycznych ciekawostkach, które znalazłem w dzisiejszym Ole.

1. Od 2005 roku, gdy wybornie grająca Sampa zdobyła Puchar Wyzwolicieli, na jej drodze do kolejnych kontynentalnych sukcesów stawały wyłącznie kluby brazylijskie. W 2006 roku w finale lepszy był Internacional Porto Alegre. Rok później przeszkodą nie do pokonania w 1/8 finału także byli gauchos, jednak dla odmiany z Gremio. W zeszłym roku nie udało się pokonać Fluminense. Teraz przyszedł czas na Cruzeiro. Coś jest więc na rzeczy. Tezę o interwencji tajemnych sił potwierdzałaby trwająca od trzech lat dominacja Sao Paulo na krajowym podwórku. W Brasileirao gauchos, cariocas, czy mineiros byli wobec O Tricolor Paulista bezradni.

2. O ile wspomniane przekleństwo trwa w najlepsze, to Cruzeiro udało się obalić mit niezwyciężonej twierdzy Morumbi. Od 1994 roku Sao Paulo siedmiokrotnie grało w ćwierćfinale CL, zawsze wygrywając spotkanie na własnym stadionie: w 1993 roku z Flamengo, w 1994 z Unión Española, w 2004 z Táchira, w 2005 z Tigres, w 2006 z Estudiantes i w 2008 z Fluminense. Jak wiadomo każda seria kiedyś się kończy...

Może jeszcze słówko na temat emocjonującej końcówki argentyńskiego Torneo Clausura. Dzisiejsze Ole oczywiście przynosi także najświeższe doniesienia dotyczące bijących się o tytuł drużyn. Materiał dotyczący Velez Sarsfield to rozmowa z Vicotrem Zapatą, który podkreśla inteligencję i solidnosc swojego zespołu oraz pozwala sobie na wyartykułowanie marzenia o zdobyciu decydującej o mistrzostwie bramki. Jeśli chodzi o Huracan, to Mauro Saudejaud i Rodrigo Franco wzieli na spytki napastnika Federico Nieto. Rozmowa składa się w przeważającej mierze z wyjaśnień dlaczego ciężko jest mu się dostosować do finezyjnego systemu gry preferowanego przez Angela Cappę. Kiedyś Nieto grał jako jedyny napastnik, którego zadaniem było zamienianie na bramki nienajwyższej jakości dośrodkowań kolegów. Teraz musi się odnaleźć w grze kombinacyjnej, a to faktycznie inny świat. Wreszcie Lanus. Diego Valeri chyba zapoznał się z wynikami sondażu przeprowadzonego kilka dni temu przez Futbolin. Z urzędową pewnością siebie niby wskazuje, że El Granate ma duże szanse na tytuł, ale ostatecznie odwołuje się do opatrzności z nadzieją oznajmiając: "Oby bóg był z nami"...

12:15, sergiuszbober
Link Komentarze (12) »
czwartek, 18 czerwca 2009
Liczba dnia: 20

Dnia 26 kwietnia br. dokładnie tyle lat minęło od czasu, gdy któryś z klubów urugwajskich po raz ostatni awansował do półfinału Copa Libertadores.

Dopiero wczoraj czarną serię przerwał Nacional Montevideo, który w mało efektowny sposób (remis 1 - 1 na wyjeździe i remis bezbramkowy na Estadio Centenario) uporał się z brazylijskim Palmeiras. Niewykluczone, że dojdzie nawet do urugwajskiego półfinału, jeśli Defensor Sporting zdoła dzisiaj odrobić na wyjeździe straty z pierwszego meczu z Estudiantes de La Plata.

20 lat to szmat czasu, a przecież chyba wszyscy wciąż uważamy Urugwajczyków za trzecią siłę na drugiej półkuli. Jednak w świetle wydarzeń z ostatnich lat (mam na myśli zarówno rozgrywki klubowe, mecze reprezentacji, jak i "produkcję" uzdolnionych piłkarzy) prawo do polemiki z takim sądem mieliby z pewnością Meksykanie i Kolumbijczycy, a swoje trzy grosze dorzucić mogliby także Paragwajczycy, czy Ekwadorczycy...

W 1989 roku do półfinałów Pucharu Wyzwolicieli dotarła ekipa Danubio. W pierwszej rundzie piłkarze La Franja wraz ze słynnym Penarolem awansowali ze stosunkowo łatwej grupy urugwajsko-boliwijskiej. W fazie pucharowej najpierw pokonali broniący tytułu Nacional Montevideo. W ćwiercfinale nie sprostała im chilijska Cobreloa. Za burtę wyrzuciło ich dopiero dysponujące wówczas znakomitą drużyną kolumbijskie Atletico Nacional de Medellin, które ostatecznie wygrało CL 1989.

Nie sądzę by wówczas ktokolwiek w Montevideo i okolicach przypuszał, że na kolejny półfinał przyjdzie poczekać aż tak długo...

Jeśli zaś chodzi o Danubio, to jego ligowy triumf z 1988 roku zauważony został także nad Wisłą. Oto, w jaki sposób o wyczynie piłkarzy trenera Ildo Maneiro informowała "Piłka Nożna Magazyn".

Tajemniczy autor tekstu (niejaki "ap") podkreślał nie tylko sam fakt wyprzedzenia aż o 9 punktów Penarolu, ale także styl gry nowego mistrza:

"Triumf Danubio ma jeszcze bardziej sensacyjny posmak, jeśli wziąć pod uwagę, że stał się udziałem wyjątkowo młodej drużyny, w dodatku grającej jakby nie po urugwajsku. Urusi lubują się w obrzydzaniu futbolu przeciwnikom, są mistrzami brutalnej destrukcji, prawie za nic mając widowiskowość. Nieźle zresztą zazwyczaj na tym wychodzą. Ale Danubio to przede wszystkim żywioł, pomysłowośc, mówiąc krótko - po prostu gra efektowna, obfitująca w bramki, jaka musi podobać się każdemu."

Następnie możemy bliżej poznać samych piłkarzy:

"Najpewniejsze miejsce w reprezentacji ma w tej chwili 20-letni Ruben Pereira, spełniający w Danubio rolę niekwestionowanego przywódcy. To piłkarz kompletny - świetnie rozgrywa, strzela, bezbłędnie wykonuje też mniej wdzięczne zadania bliżej własnej bramki. Drugim asem nieoczekiwanego mistrza jest środkowy napastnik Ruben da Silva, rodzony brat sławnego Jorge, który przez wiele lat zachwycał hiszpańskich widzów, a teraz błyszczy w argentyńskim River Plate. 21-letni Ruben strzela mnóstwo bramek, w zakończonych rozgrywkach zdobył ich zresztą najwięcej - 23. Predystynowany do solowych popisów zawsze pamięta jednak o powinnościach wobec zespołu i powściąga własne ambicje dla dobra partnerów. Zdaniem fachowców Ruben jest już lepszy od swego starszego brata. Nic dziwnego, bo jako środkowy napastnik nie ma podobno równych sobie na całym kontynencie. Nie tak widowiskowym, jak Pereira i da Silva, lecz bardzo pożytecznym zawodnikiem jest pomocnik Eber Moas. Też dwudziestolatek, wyróżnia się niezwykłą wytrzymałością i siłą, a także umiejętnością zdobywania bramek - przeważnie głową - w trudnych dla zespołu chwilach. Z kolei liczący 22 lata Edison Suarez to jakby przeciwieństwo Moasa - błyskotliwy technik, uwielbiający drybling, bywa często porównywany z Rubenem Sosą, obecnie gwiazdorem włoskich boisk. Zaś spośród obrońców najbardziej zwraca na siebie uwagę 21-letni lewy bek Nelson Cabrera, bardzo przydatny w kontrnatarciach. Nie można pominąć również jednego z najstarszych w klubie, najwcześniej oczywiście próbowanego w reprezentacji - Gustavo Dalto. Ma on lat 26, lecz dopiero teraz osiągnął szczytową formę. Może więc wreszcie pewniej usadowi się na lewym skrzydle drużyny narodowej, bo dotychczas walczył o to raczej bez powodzenia."

Trudno oprzeć się wrażeniu, że choć część spośród wymienionych zrobiła całkiem przyzwoite kariery (szczególnie mam na myśli Boasa, da Silvę i Pereirę) to jednak było to pokolenie zmarnowane. Raczej z tendencją do popadania w przeciętność, niż wznoszące się na wyżyny dostępne najwybitniejszym. Jakby tamto historyczne mistrzostwo Danubio było zarazem początkiem wielkiej urugwajskiej smuty.

Oby wczorajszy sukces Nacionalu był zwiastunem powrotu urugwajskiego futbolu na należne mu miejsce w nie tylko latynoskiej, ale i światowej hierarchii.

PS Czasami zdarza mi się zatęsknić za starą dobrą "Piłką nożną" i "Piłką nożną Magazynem". Pewnie nie mnie jednemu...

22:19, sergiuszbober
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 czerwca 2009
Telewizor od eksprezydenta

Jak informują argentyńskie portale internetowe, dzisiejszy trening piłkarzy Racingu de Avellaneda nie był jednym z wielu. Dlaczego? Otóż pojawił się na nim były prezydent kraju Nestor Kirchner (małżonek obecnej Pani Prezydent Cristiny Fernandez de Kirchner) z... telewizorami.

Nestor Kirchner (pan w płaszczu stojący tyłem) w rozmowie z Ricardo Caruso Lombardim. Na pierwszym planie słynne telewizory. Fot. Clarin.

Gdy na kilka dni przez meczem z Boca Juniors otwarcie manifestujący swe przywiązanie do biało-niebieskich barw Academii Kirchner oznajmił, że w razie zwycięstwa obdaruje piłkarzy czterema telewizorami wielu uznało to za żart. Sprawa zrobiła się poważna, gdy Racing rozbił przeciwnika 3 - 0 (zwycięstwo to ma ogromną wagę, bo dzięki niemu klub przestał być zagrożony bezpośrednią degradacją do drugiej ligi, jednocześnie zwiększając także swoje szanse na uniknięcie baraży). Dodatkową presję na Kirchnerze wywarł cieszący się statusem cudotwórcy trener Ricardo Caruso Lombardi, pół żartem pół serio grożąc urządzeniem przy udziale kibiców demonstracji celem wymuszenia spełnienia obietnicy.

Były prezydent znalazł się więc w sytuacji bez wyjścia.

Dzisiaj ok. godziny 11 czasu Buenos Aires Kirchner pojawił się w siedzibie Racingu, przywożąc ze sobą cztery 32-calowe telewizory, które zostaną rozlosowane wśród piłkarzy.

Wszystko pięknie, wszystko ładnie...

O ile miłości Kirchnera do Racingu nikt nie kwestionuje, trudno nie dostrzec w zamieszaniu z telewizorami elementu kampanii wyborczej. 28 czerwca odbędą sie w Argentynie wybory, w których wymieniona zostanie m. in. część federalnej Izby Deputowanych i Senatu. Kirchner ubiega się o mandat deputowanego z ramienia peronistowskiego Frente Justicialista para la Victoria w prowincji Buenos Aires. Tak się składa, że Avellaneda położona jest w tej właśnie prowincji, a pewnie znaczna część wyborców zechce być reprezentowana w Kongresie przez kogoś kto nie tylko rozumie, ale także podziela ich futbolową pasję...

18:26, sergiuszbober
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Kto czyta nie błądzi

Od dzisiaj w Argentynie trwa Semana Nacional de la Lectura, czyli państwowy tydzień promocji czytelnictwa. Imprezę promuje poniższy baner.

Głównym organizatorem jest Ministerstwo Edukacji, które w tym szczytynym przedsięwzięciu wspierają Fundacja Mempo Giardinelliego (znany pisarz z prowincji Chaco; wielki miłośnik futbolu, który pojawia się także w jego twórczości, czego znakomitym przykładem jest głośne opowiadanie Tito Nunca Mas), Argentyńskie Stowarzyszenie Pediatrii (Sociedad Argentina de Pediatría), Stowarzyszenie Pisarek i Pisarzy Argentyny (Sociedad de Escritores y Escritoras de la Argentina), Argentyńska Rada Reklamy (Consejo Publicitario Argentino; organizacja zajująca się tzw. reklamą społeczną), Telmex (firma z branży telekomunikacyjnej), czy Argentyńska Izba Książki (Cámara Argentina del Libro).

Ile to wszystko ma wspólnego w piłką nożną?

Jak się okazuje całkiem sporo. Wczoraj wieczorem podczas spotkania Racingu z Boca Juniors (Academia wygrała aż 3 - 0) przeprowadzono pierwszą akcję związaną ze świętem czytelnictwa. Na murawie El Cilindro zaprezentowano pokaźnych rozmiarów baner promujący imprezę, a na trybunach rozdawano książki.

Fot. Clarin

Sceptycy pewnie się skrzywią dodając, że książka pasuje do stadionu jak pięść do nosa. Niby racja. W sumie jednak gdzie rozwijać takie banery i rozdawać literaturę? Przecież nie na wieczorkach poetyckich, bo to nie tam zbierają się adresaci tego rodzaju kampanii...

Krótki tekst informujący o akcji zamieszczony na stronie internetowej miesięcznika El Grafico zamyka następujące zdanie: Porque un país que lee, sueña, piensa... es un país con futuro (Kraj który czyta, marzy i myśli... to kraj z przyszłością). Niby to z lekka napuszone i banalne, ale jednak trafia w samo sedno...

PS Moi drodzy, publikacja nowej notki nie zwalnia Was z obowiązku wzięcia udziału w sondażu, dołączonym do poprzedniej :) Poproszę o więcej głosów, bo jak do tej pory wygląda to słabo. Czyżby tak znakomite drużyny jak Velez, Huracan i Lanus miały nad Wisłą kibiców jak na lekarstwo...?

22:39, sergiuszbober
Link Komentarze (3) »
GOLtz!

Dzięki celnej główce Paolo Goltza Huracan pokonał w niedzielnym klasyku San Lorenzo i jeśli wygra ostatnie dwa spotkania zostanie sensacyjnym mistrzem argentyńskiego Torneo Clausura.

Paolo Goltz po raz trzeci w swej karierze trafia do bramki San Lorenzo.

Jak pisałem wczoraj, zadanie nie będzie łatwe, bo 6 punktów trzeba wyrwać liderującemu Velezowi Sarsfield i cudownie przebudzonemu Arsenalowi de Sarandi. Zasadniczo podtrzymuję więc moją tezę stanowiącą, że faworytem wyścigu pozostaje El Fortin. Jednak wczoraj po raz kolejny okazało się, że El Globo dysponuje rozlicznymi atutami, które powodują, że absolutnie nie znajduje się na straconej pozycji.

Przez piętnaście kolejek niemal wyłącznie mówiło się o sile ataku Huracan, w którym umiejętnościami strzeleckimi i niewyczerpanymi pokładami kreatywności popisywali się dwaj przedstawiciele rocznika 1989 Javier Pastore i Matias De Federico (po jego dośrodkowaniu z rzutu rożnego padła wczoraj bramka) oraz o sześć lat starszy Federico Nieto.

Huracan zachwycał, wciąż był w czołówce, jednak pojawiało się coraz więcej głosów sceptycznie oceniających mistrzowskie aspiracje drużyny z Parque Patricios. Wśród nich najwięcej dotyczyło braku doświadczenia, co uniemozliwiać miało udźwignięcie presji wyniku oraz braku równowagi między formacjami.

Dwie ostatnie kolejki dowiodły, że oba poglądy są bezpodstawne. Zarówno w spotkaniu z Banfield, jak i we wczorajszej potyczce z Ciclon, piłkarze Angela Cappy nie tylko wytrzymali ogromne napięcie, ale także potrafili zwyciężać w sytuacji, gdy przeciętnie poczynali sobie zawodnicy odpowiedzialni za atakowanie bramki rywali.

Wczoraj bezwzględnie najlepszy na boisku był mózg zespołu Mario Bolatti, którego coraz częściej porównuje się do Fernando Redondo. Jak wielu z nas pewnie pamięta, zawodnik ten posiadał dwie umiejętności, które nie zawsze idą w parze. Najpierw z ogromną łatwością odbierał rywalowi piłkę, by chwilę później nie oddawać jej najbliżej ustawionemu koledze, lecz błyskotliwie dograć do tego, który zajmował najlepszą pozycję ofensywną. Zwykle w ten sposób gra także Bolatti. We wczorajszym spotkaniu grał jednak tak, jak wymagają tego twarde warunki derbów: dyrygował kolegami, asekurował, odbierał piłki, a gdy nadarzała się okazja uruchamiał natarcie.

Poza El Flaco na pochwałę zasłużył cały blok obronny złożony z Carlosa Araujo, strzelca bramki Goltza, Eduardo Domingueza i Carlosa Arano. Defensorzy to najstarsza wiekiem grupa zawodników Huracan. Najmłodszy wśród nich Goltz ma 25 lat, Araujo 28, a Arano 29. Dominguez przekroczył trzydziestkę, co w tym gronie czyni zeń prawdziwego weterana. Jak widać Cappa zdołał połączyć młodzieńczą fantazję atakujących z doświadczeniem i rozwagą obrońców.

Jeśli w dwóch ostatnich kolejkach wszystkie formacje El Globo zagrają na miarę swoich wysokich możliwości, niewykluczone, że wybuchowa mieszanka opracowana przez Cappę dorówna tej, którą w 1973 roku do mistrzostwa poprowadził Cesar Luis Menotti.

PS Na koniec proponuję mały sondaż:

15:16, sergiuszbober
Link Komentarze (6) »