Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej. Argentyna, Brazylia, Kolumbia etc. Uwagi, analizy, komentarze, także konteksty pozasportowe.
Creative Commons License

BloGalaxia

Blogi Sportowe





RSS
wtorek, 01 września 2009
Zdrajca w reprezentacji

Oczywiście mam na myśli Martina Palermo, który w ten sposób został nazwany przez grupkę barras bravas podczas piątkowego treningu Boca Juniors (patrz poprzednia notka).

W niedzielę Palermo odpowiedział barras w typowy dla siebie sposób: zdobył bramkę, która dała Xeneizes trzy punkty w trudnym meczu z Lanus. Z rzutu rożnego dośrodkował bodaj Pablo Mouche, a El Loco, jak przystało na wybitnego goleadora, pokonał Mauricia Carantę (kiedyś w Boca) precyzyjnym strzałem głową.

Niedługo później Palermo odebrał telefon od Diego Maradony, który powołał go na zgrupowanie argentyńskiej reprezentacji, przygotowującej się do arcyważnego pojedynku z Brazylią w eliminacjach mistrzostw świata. 35-letni weteran wraca do drużyny narodowej po 9 latach przerwy! Miejsce dla Palermo zrobiło się po tym, gdy pod znakiem zapytania stanął występ kontuzjowanego Diego Milito.

Nie jest do końca jasne, jaką rolę przewiduje dlań Maradona. Raczej wykluczona jest jego gra od pierwszych minut. Większość argentyńskich komentatorów widzi Palermo w roli jokera, który dzięki ogromnemu doświadczeniu i zimnej krwi byłby w stanie zapewnić albicelestes trzy punkty w drugiej połowie...

Mnie osobiście połowanie El Loco bardzo ucieszyło. To jeden z moich ulubionych piłkarzy. Wciąż uważam go za jednego z najlepszych napastników i to nie tylko w Argentynie. Oczywiście, że to już nie ten Palermo z końca lat 90. XX wieku, fizycznie tłamszący obrońców i strzelający mnóstwo efektownych bramek. Teraz gra znacznie bardziej ekonomicznie, znakomicie sie ustawia, dzięki doświadczeniu potrafi przewidzieć ruch obrońców... Tylko jedna rzecz pozostaje bez zmian - znakomita gra głową. Myślę, że na ten element gry napastnika Boca Maradona liczy najbardziej.

PS O Martinie Palermo pisałem wielokrotnie. Jeśli ktoś ma ochotę pogrzebać w archiwaliach, to zapraszam tutaj, tutaj i tutaj.

10:35, sergiuszbober
Link Komentarze (5) »
sobota, 29 sierpnia 2009
Piękny poranek w La Boca...

Wczorajszy trening Boca Juniors przebiegał zgodnie z planem: piłkarze grzecznie słuchali tego, co miał do przekazania Alfio Basile na temat ich postawy w dwóch ostatnich spotkaniach. Gdy wydawało się, że nie pozostaje im nic innego, jak udać się do domów ze stanowczym postanowieniem poprawy w najbliższym meczu, na scenę wkroczyła grupka barras bravas...

Nie potrzebowali wiele czasu, by wciągnąć w pyskówkę Martina Palermo. Wypowiadane kwestie były typowe dla osób z pasją podchodzących do ulubionego klubu, jego czołowego piłkarza i pięknej gry, jaką jest piłka nożna: El Loco został nazwany zdrajcą, ze względu na rzekomy zamiar powrotu do Estudiantes de La Plata na grudniowe klubowe mistrzostwa świata. W pewnym momencie zadzwonił telefon jedengo z członków wesołej gromadki. Najwyraźniej dzwoniący poinformował, że "dyskusja" transmitowana jest na żywo przez kilka stacji telewizyjnych, które wysłały na trening Boca swoje ekipy, wobec czego trzeba się zbierać. Barras zastosowali się do tej sugestii, opuszczając stadion. Rzecz jasna prze nikogo nie niepokojeni. W równie swobodny sposób wcześniej dostali się na trybuny, choć ochroniarzy na obiektach Boca nie brakuje...

Palermo to doświadczony zawodnik, znający piłkarski światek (połświatek?) nad La Platą jak mało kto. Dał temu dowód pod koniec spotkania z barras, mówiąc: "Powiedzcie kto was przysłał, porozmawiam z nim bezpośrednio". W Argentynie nawet bardzo małe dzieci wiedzą, że taka akcja jak powyższa nie może być dziełem grupki desperatów niezadowolonych z postawy danego zawodnika w ostatnich meczach. W końcu Palermo, podobnie jak np. Sebastian Battaglia to dla barras figura wręcz nietykalna. Panowie, w odpowiedzi na kwestię Palermo, rzucili odchodząc: "Nie pomoże ci nawet Flaco".

Flaco...

Kimże jest ów Flaco? To oczywiście słynny Rafael Di Zeo, od wielu już lat przywódca barras bravas "kibicujących" Boca. Skoro jednak nawet wszechwładny Rafa ma nie być w stanie ochronić Palermo, za przysłaną na wczorajszy trening grupką stać musi ktoś czujący się naprawdę mocno. W tej chwili jedyną osobą zdolną rzucić wyzwanie Di Zeo jest niejaki Mauro Martin, o którym za chwilę.

Zrelaksowany Rafael Di Zeo w towarzystwie małżonki Soledad Spinetto. Fot. Diario Perfil

Tymczasem wróćmy do Di Zeo, by spojrzeć czym się ostatnio zajmuje. Aktualnie Rafa przebywa w więzieniu w Ezeiza. Sąd umożliwił mu jednak pracę poza murami, dzięki czemu lider barras codziennie udaje się do biura adwokata Marcelo D'Angelo. Ten z kolei jest bliskim znajomym innego adwokata, Marcelo Rochettiego. Aktualnie Rochetti jest szefem ochrony w miejskiej legislaturze Buenos Aires, którego burmistrzem jest były prezes Boca Maurico Macri (potencjalny kandydat argentyńskiej centro-prawicy w najbliższych wyborach prezydenckich). Wcześniej Rochetti był pełnomocnikiem m. in. Di Zeo... By zakres kontaktów (rzeczywistych i potencjalnych) Rafy w świecie polityki uczynić jeszcze bardziej imponującym, dodam, że jego małżonka Soledad Spinetto pracuje jako doradczyni Carlosa Stornelliego, odpowiedzialnego za sprawy bezpieczeństwa w rządzie prowincji Buenos Aires. Od niego już tylko maleńki kroczek do gubernatora Daniela Scioli, w latach 2003-07 wiceprezydenta Argentyny, a wcześniej ministra (m. in. sportu) w rządzie Eduarda Duhalde.

Oczywiście Rafa zajmuje się nie tylko papierkową robotą w kancelarii. W międzyczasie przygotowuje sobie miękkie lądowanie na czas po wyjściu z więzienia. Nie ma także zamiaru rozstawać się z pozycją szefa barras. W tym celu prowadzi działania na trzech polach. Po pierwsze podjął rozmowy z przedstawicielami władz klubu w sprawie ewentualnego włączenia jego ludzi w szeregi osób zapewniających ochronę na obiekatach Boca, po drugie zawarł koalicję z poważną frakcją barras z Lomas de Zamora kierowaną przez Marcelo Aravenę, po trzecie próbuje pozyskać sympatię piłkarzy poprzez wykorzystanie niezłych stosunków łączących go z Palermo. Ponadto Di Zeo może liczyć na względy Diego Maradony, gdyż wziął jego stronę w niedawnym konflikcie z Juanem Romanem Riquelme.

O działaniach Di Zeo szybko dowiedział się wspomniany Martin, chwilowo najbardziej wpływowy spośród liderów barras Boca. Także w tym wypadku można mówić o silnych powiązaniach ze światem polityki oraz władzami klubu. Według dzisiejszego wydania sportowego dziennika Ole, te ostatnie miały zapewnić niedawno Martina o pełnym poparciu, z kolei rząd federalny ma mu sporo do zawdzięczenia w związku z operacją przeniesienia ligowych transmisji do państwowej telewizji, czego rezultatem jest osłabienie skonfliktowanego z małżeństwem Cristiny i Nestora Kirchnerów medialnego giganta Grupo Clarin. Wśród piłkarzy Xeneizes stronę Martina zdecydowanie trzyma Romy Riquelme, który zawsze dystansował się od Di Zeo. Na wypadek dosłownego starcia, pretendent do schedy po Di Zeo oszacował także liczbę "żołnierzy". Ponoć może liczyć może na aż pięciuset gotowych na wszystko "kibiców", zaś Di Zeo na zaledwie dwustu... 

Opisywana akcja miała więc pełnić rolę ostrzeżenia tak dla Di Zeo, jak i sprzyjających mu piłkarzy. Takiej interpretacji przeczą jednak słowa samego Martina, który wczoraj zadzwonił do Palermo, zapewniając go, że z zajściem nie miał nic wspólnego. El Loco podobno nie dał się przekonać, ale Martin twardo utrzymywał, że przytoczone powyżej zdanie o El Flaco miało na celu skompromitowanie jego i związanych z nim barras.

Naturalnie tło wydarzeń stanowią, jak zawsze zresztą, pieniądze. Grupy Martina i Di Zeo rywalizują o kontrolę nad środkowym piętrem trybun stadionu La Bombonera. W grę wchodzić może aż 200 tys. pesos miesięcznie, uzyskiwanych dzięki odsprzedawaniu biletów, handlowi napojami, klubowymi pamiątkami etc. Ponadto pozostaje do obsadzenia rola oficjalnego lidera kibiców reprezentacji Argentyny na południowoafrykański mundial. To także potencjalnie dochodowe zajęcie, gdyż wiąże się z nim kontrola nad znaczną ilością wejściówek, a na takie imprezy chętnie podróżują zamożni kibice, dla których ceny nie grają roli.

O ile rozwikłanie siatki powiązań barras to zadanie dla sporej grupy detektywów (rzecz jasna takowa nie istnieje), to wczorajszy incydent powinna zakończyć interwencja policji i kary za zakłócanie porządku, czy nawet zarzuty o stosowanie tzw. groźby karalnej. Tak zapewne byłoby w świecie mniej więcej normalnym. Jednak argentyńskie futbolowe realia w tej kategorii się nie mieszczą, wobec czego ani Palermo ani władze Boca nie poinformowały policji o zdarzeniu. Klub nie udostępnił także zapisu z zajścia zarejestrowanego przez kamery przemysłowe, o co poprosił działający przy federalnym Ministerstwie Sprawiedliwości Podsekretarz ds. Bezpieczeństwa na Imprezach Piłkarskich.

Komentarz do powyższego wydaje się zbyteczny.

Dzisiaj mamy sobotę, zapewne za kilka godzin na wypełnionych po brzegi stadionach padą przepiękne bramki, a wczorajszy incydent zostanie szybko zapomniany. I tylko barras zacierają ręce, bo choć wszyscy od lat widzą co się dzieje, nikt nie robi nic by to zmienić...

PS Powyższy wpis powstał w oparciu o teksty opublikowane w dzisiejszych wydaniach dzienników Ole, La Nacion i Pagina12.

PS1 Wczoraj wizytę piłkarzom w ośrodku treningowym City Bell złożyli także przedstawiciele barras Estudiantes de La Plata. Nie mam już siły tego relacjonować. Dla chętnych link

PS2 Gorąco polecam lekturę znakomitego tekstu o reprezentacji Urugwaju z Copa America 1999, opublikowanego na zaprzyjaźnionym blogu Numer10! Część pierwsza tutaj, część druga tutaj.

14:40, sergiuszbober
Link Komentarze (4) »
środa, 26 sierpnia 2009
Sport kreską Zapiro

Zapiro (oficjalnie Jonathan Shapiro) to w RPA człowiek instytucja. Jedyna w swoim rodzaju kombinacja Mleczki, Raczkowskiego i Czeczota. Artysta, który poprzez swoje rysunki zabiera głos chyba we wszystkich ważnych sprawach, rozdając mocne razy na prawo i lewo.

Oczywiście od czasu do czasu zajmuje się także sportem.

Jego najświeższy rysunek przedstawia Caster Semenyę, kontrowersyjną zwyciężczynię biegu na 800 metrów podczas berlińskich mistrzostw świata w lekkiej atletyce. Jak widać, narysowani przez Zapiro specjaliści nie mają wątpliwości co do płci biegaczki...

Naturalnie Zapiro przygląda się także futbolowi. Jako że Futbolin traktuje o piłce nożnej w Ameryce Łacińskiej, pomijam liczne rysunki z Lucasem Radebe, czy Bennim McCarthym, wybierając to co lubimy najbardziej.

Oto, w jaki sposób skomentowane zostało przyznanie przez FIFA tytułu piłkarza wieku łącznie (cały smaczek w słówku joint) Pelemu i Diego Maradonie:

A to moim zdaniem najlepszy piłkarski rysunek Zapiro, wykonany tuż po zdobyciu przez Brazylię mistrzostwa świata w 2002 roku:

Jak wspomniałem, Zapiro często obchodzi się z osobami publicznymi w sposób mało delikatny. Sporo na ten temat mógłby powiedzieć aktualny prezydent RPA Jacob Zuma, czy choćby Maradona, który przecież powyżej przedstawiony został raczej mało sympatycznie. Przyjrzyjcie się - pół biedy z jointem, ale czapka clowna i strzykawki w kieszeni to już ostrzejsza jazda...

Z drugiej strony Zapiro ma swoich faworytów. Poniżej przedstawiam dwóch, spoza świata sportu. Fakt, to przedwcześnie zmarli, ale naprawdę rzadko w jego rysunkach jest tyle ciepła...

W taki sposób oddał hołd Brendzie Fassie nazywanej "królową afrykańskiego popu" lub "Madonną townshipów". Piosenkarka słynęła z zamiłowania do szalonych imprez...

A to, jeśli można, mój ulubiony rysunek Zapiro. Przedstawia króla południowoafrykańskiego reggae Lucky Dube'a, który w październiku 2007 roku został zamordowany na johannesburskim przedmieściu Rosettenville:

Z sylwetką Jonathana Shapiro zapoznać można się tutaj.

Ogromna kolekcja jego rysunków dostępna jest na stronie internetowej południowoafrykańskiej gazety Mail and Guardian. Naprawdę warto tam zajrzeć!

PS Może jeszcze jakieś próbki z twórczości zilustrowanych przez Zapiro muzyków: Black President (utwór napisany dla Nelsona Mandeli) Brendy Fassie i klasyk Lucky Dube'a Prisoner. Jak pobiegła Semenya, jak grała Brazylia w 2002 roku i jakie cuda wyczyniał na boisku Maradona chyba wszyscy wiemy...

13:52, sergiuszbober
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Anglia w krykietowym raju

Wczoraj, o godzinie 17.47 czasu Greenwich, zakończyły się tegoroczne Ashes. W tej nasłynniejszej krykietowej serii tym razem górą byli goszczący Australię Anglicy, którzy wygrali 2 - 1. Udało im się to dopiero po raz drugi od 1989 roku.

Przed rozpoczęciem gry czwartego dnia plan reprezentacji Anglii był prosty: wyeliminować wszystkich uderzających Aussies. Krokiem ku temu miało być możliwie najszybsze powstrzymanie nieźle radzącego sobie dzień wcześniej duetu Shane Watson - Simon Katich. Plan gości? Dokonać niemożliwego, czyli odrobić stratę wynoszącą aż 466 punktów.

Po zaledwie 24 rzutach Anglików na boisku nie było już Katicha. Piłki, jaki posyłali w jego stronę bowlerzy Stuart Broad i Graeme Swann były tak trudne, że popularny Kat do 42 punktów z soboty wczoraj dorzucił zaledwie jeden.

Jedno z krykietowych porzekadeł głosi, że skoro zaliczy się już pierwszy w danej sesji wicekt to za chwilę należy spodziewać się kolejnego. Tak było i tym razem. Zaledwie trzy piłki później przygodę z The Ashes 2009 zakończył także Watson, którego odprawił Broad. Wydawało się, że goście zostaną zmieceni z boiska...

Kiedy jednak z kije łapią takie tuzy jak weterani Ricky Ponting i Michael Hussey należy spodziewać się kłopotów. Lunch gospodarzom smakować musiał średnio, gdyż schodzili na niego przy stanie 171/2. Po przerwie było coraz bardziej nerwowo. Najlepiej oddawała to sytuacja, w której Paul Colingwood upuścił łatwą piłkę (pierwsza w 53 overze). W efekcie tego błędu Ponting, zamiast zasiąść na trybunach, coraz pewniej zdobywał kolejne punkty... Gdy na tablicy wyników pojawił się zapis 212/2, na londyńskim Kennington Oval nie rozbierzmiawały już tak donośne przed południem śpiewy. Publiczność niemal w milczeniu obserwowała popisy obu niezniszczalnych batsmanów. Ktoś musiał przerwać tę passę. Krykiecista najwyższej próby.

Do ostatniego w karierze test meczu Andrew Flintoff przystąpił z kontuzją kolana. Oczywiście oficjalnie był zdrów, ale każdy z obserwujących mecz widział wyraźnie, że Freddie wręcz utykał. Potwierdzały to także wyjątkowo przeciętne rezultaty jego poczynań, zarówno w roli batsmana, jak i bowlera. Jednak Flintoff to allrounder, a ci zwykle mają w zanadrzu coś jeszcze. Wystarczyło kilka sekund, by kulejący zawodnik powrócił do roli krykietowego herosa.

Po nienajlepszym odbiciu zamykającej 63 over piłki (rzucał Steve Harmison), Hussey ruszył po jeden, ryzykowny punkt. W przeciwnym kierunku zaczął biec Ponting. W międzyczasie piłkę złapał Flintoff i wykonał swój klasyczny płaski rzut. Kij Pontinga znajdował się daleko od bezpiecznego pola, gdy po przefrunięciu kilkunastu metrów piłka rozbiła stumps! Kapitan Australijczyków odbijał przez aż 157 minut, skutecznie współpracując z Hussey'em. Krykietowy instynkt zawiódł ich tylko raz. Rachunek za nadmierną pewność siebie wystawił Flintoff. To był dopiero trzeci wicket w tej części gry i zarazem przełomowy moment czwartego dnia meczu.

Zgodnie z przytoczonym powyżej porzekadłem, po zaledwie pięciu piłkach z boiskiem pożegnał się niebywale skuteczny w czterech pierwszych meczach Ashes Michael Clarke. Piłkę rzucił Swann, a refleskem i zimną krwią wykazał się kapitan Anglii Andrew Strauss (tzw. run out). Telewizyjne powtórki wyraźnie wykazały, że kij Clarke'a znajdował się na linii crease a nie choćby częściowo za nią, jak wymagają tego przepisy. Podobnie rzecz miała się z wyeliminowaniem Marcusa Northa. Po raz kolejny świetną piłkę posłał Swann. North usiłując ją wybić wyszedł poza bezpieczną strefę, co skrzętnie wykorzystał wicket-keeper Matt Prior.

Później sprawy potoczyły się stosunkowo szybko. Opór rozpędzonym Anglikom stawiał głównie niezmordowany Hussey (sądzę, że nieudana próba zdobycia runu, po której wyrzucony został Ponting, długo będzie go prześladować), nieco wsparcia udzielił mu Brad Haddin...

Mecz mógłby zakończyć się szybciej, gdyby bardziej skoncentrowani byli Colingwood (mnóstwo upuszczonych piłek) i Graham Onions.

Ostatecznie znakomitą serię rzutów zaliczył Harmison (kolejno piłkę łapali: Colingwood - wreszcie! -, Flintoff i Alastair Cook), a swoje dodał też fantastyczny w całym meczu Swann (catch Straussa).

Anglia zwyciężyła różnicą aż 197 punktów, odzyskując po 4 latach najcenniejszy krykietowy tytuł. Kolejne Ashes dopiero za dwa lata, tym razem w zwykle niegościnnej dla przyjezdnych Australii. Na szczeście w międzyczasie dobrego krykieta nie powinno zabraknąć...

Pełny scorecard przeczytać można tutaj.

23:02, sergiuszbober
Link Komentarze (7) »
niedziela, 23 sierpnia 2009
Bohater z Kapsztadu

Bohaterem wczorajszej części ostatniego, decydującego meczu The Ashes 2009 był debiutant Jonathan Trott.

Gdy zgromadzona na trybunach The Oval publiczność szykowała się na popisy kończącego karierę testową Andrew Flintoffa, show skradł mu Trott. A jeszcze kilka dni temu, w obliczu przeciętnej formy niektórych batsmanów (Ravi Bopara!), wśród potencjalnych kandydatów do awaryjnego powołania wymieniano zawodników ze sporym doświadczeniem: Roba Key'a (30 lat), Marcusa Trescothicka (34 lata) i Marka Ramprakasha (39 lat). Ostatecznie panel selektorów kierowany przez Geoffa Millera zdecydował się na "zaledwie" 28-letniego Trotta i dzisiaj chyba nikt nie żałuje.

Jonathan Trott (niebieski kask) zalicza kolejne uderzenie za cztery punkty. Fot. Tom Jenkins/The Guardian

Urodzony w Kapsztadzie zawodnik Warwickshire zdobył wczoraj aż 119 punktów! Tym samym stał się zaledwie osiemnastym w historii angielskim graczem, któremu sztuka ta udała się w testowym debiucie. To jednak nic, przecież Trott zdobył swoje century w decydującym meczu The Ashes! Taka sztuka nie udała się przed nim nikomu. Jeśli doszukiwać się piłkarskiej analogii, jego wczorajszy wyczyn możnaby porównać do reprezentacyjnego debiutu w finale mistrzostw świata przeciwko Brazylii, zakończonego, powiedzmy, dwoma bramkami i efektowną astystą.

Poza samą ilością punktów Trott zaimponował spokojem. Grał jak stary wyjadacz. Dopisywało mu także szczęście. Szczególnie w chwili, gdy przy 97 punktach na koncie, piłkę posłał ku niemu Ben Hilfenhaus. Typowo defensywne uderzenie Trotta było niezbyt pewne, piłka odbiła się od jego nogi i tylko cudem ominęła stumps. Chwilę później obok nazwiska Trott na scorecardzie widniał już zapis trzycyfrowy...

Imponujący dorobek Trotta oraz niezła postawa części kolegów - dobry mecz rozegrali przede wszystkim kapitan Andrew Strauss oraz Graeme Swann - pozwoliły Anglikom na osiągnięcie miażdżącej przewagi. Australia ma do odrobienia aż 546 punktów. Taka pogoń nie udała się jeszcze w historii testowego krykieta nikomu. I choć wczoraj późnym popołudniem Aussies zdołali zdobyć 80 punktów bez straty żadnego gracza, wydaje się, że losy tegorocznych Ashes są już przypieczątowane.

11:57, sergiuszbober
Link Komentarze (17) »
sobota, 22 sierpnia 2009
Broad & Swann

Dzięki tym dwóm panom, wczorajszego popołudnia miłośnicy krykieta obejrzeli niecodzienne widowisko. Na stadionie The Oval drużyna Anglii w pierwszej części gry rozbiła Australijczyków, stwarzając sobie znakomitą szansę do odniesienia zwycięstwa w najbardziej prestiżowej krykietowej serii, czyli rozgrywanych od 1882 roku The Ashes.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że krykiet nie jest tym na co czytelnicy Futbolin czekają, ale wyczyny wspomnianej dwójki zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że nie mogłem się powstrzymać. Myślę, że Polones podziela moją opinię... ;)

Stuart Broad (to ten z dłuższymi włosami) przyczynił się do wyeliminowania z gry pięciu Aussies, z kolei Graeme Swann (krótsze włosy) odprawił czterech. Naturalnie wspierali ich także koledzy (Matt Prior, Jonathan Trott, Alastair Cook), którzy potrafili łapać nieumiejętnie odbijane przez batsmanów piłki.

Jeśli miałbym wybrać najistotniejszy moment wczorajszego dnia, to chyba byłoby to wyrzucenie Marcusa Northa przez Swanna.

W dwóch poprzednich meczach tegorocznych Ashes North zdobywał ponad sto punktów (108 w Edgebaston i 110 w Headingley). Ta sztuka udała mu się także w pierwszym meczu serii (125 na Sophia Gardens).

Jednak w drugim teście, rozegranym na słynnym boisku Lord's, North został powstrzymany na zaledwie 6 punktach przez Jamesa Andersona (w pierwszej cześci gry) i Swanna (w drugiej). Wówczas gospodarze zwyciężyli, przełamując australijską hegemonię trwającą na tym obiekcie od 75 lat! Naturalnie w trwającym meczu North może się jeszcze poprawić, gdyż będzie uderzał także w drugiej cześci gry, ale myślę że jego aktualny dorobek w połączeniu z wydarzeniami z Lord's, fani reprezentacji Anglii potraktować mogą jako obiecujący prognostyk...

Dzisiaj trzecia odsłona ostatniego, decydującego meczu. Stan rywalizacji 1 - 1. Anglia, jeśli zwycięży, odzyska utracony w 2007 roku tytuł. Australii wystarczy nie przegrać (tzw. draw), by go zatrzymać.

Dzięki wczorajszemu znakomitemu bowlingowi w wykonaniu gospodarzy, już teraz wiadomo, że tegoroczne Ashes przejdą do historii jako jedne z najbardziej pasjonujących...

00:55, sergiuszbober
Link Komentarze (19) »
sobota, 08 sierpnia 2009
Cztery lata

Moi drodzy, 8 sierpnia 2005 w niniejszym blogu opublikowałem pierwszy wpis. Cztery lata. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że to już tak długo...

W zasadzie nie przywiązuję wielkiej wagi do wszelkiego rodzaju urodzin, imienin i innych rocznic. Tym razem do tych mini blogowych obchodów zainspirował mnie autor jednego z moich blogów z kategorii naj naj naj, czyli tworzący Tierralatinę Chilijczyk, który nie tak dawno sam obchodził czwarte urodziny. Po lekturze jego wpisu zerknąłem do siebie i okazało się, że u mnie już za chwilkę też cztery wiosny na karku...

Cóz mogę powiedzieć...

Przede wszystkim chciałbym podziękować:

wszystkim, którzy kiedykolwiek tutaj zajrzeli;

wszystkim tym, którzy do Futbolin linkują na swoich stronach;

wszystkim komentującym, wśród których wyróżnić można mocną grupę trzymającą z Futbolin na dobre i na złe;

last but not least portalom sport.pl oraz zczuba.pl, które w ogromnym stopniu przyczyniły się do spopularyzowania niniejszego bloga.

Mam nadzieję, że przez te cztery lata udało mi się choć trochę przybliżyć Wam to co dzieje się na drugiej półkuli.

Oczywiście niezmiernie cieszy mnie także to, że Futbolin nie jest już tak bardzo osamotnione jak dawniej. W ciągu tych czterech lat powstało kilka znakomitych polskojęzycznych blogów i portali zajmujących się futbolem w Ameryce Łacińskiej. Stosowne adresy znaleźć można w zakładce Czytać!

Taka rocznica to również dobra okazja do wysłuchania Waszych ocen, sugestii, propozycji zmian w Futbolin. Jeśli ktokolwiek ma ochotę na podzielenie się swoimi uwagami, to serdecznie zapraszam do komentarzy.

W ramach toastu, dla wszystkich jeden z moich ulubionych brazylijskich zespołów Chico Science & Nacao Zumbi w dzisiaj już klasycznym utworze A Cidade ze znakomitej płyty De lama ao caos (1994):

PS Co prawda zrobił to już zaprzyjaźniony Czadoblog, ale nie wiem na ile grupy naszych czytelników się pokrywają, więc u siebie też zareklamuję znakomity tekst Futbol w dawnym Wrocławiu pióra Sławomira Szymańskiego. A to nie wszystko! Po dłuższej przerwie ponownie ruszył pisany przez Pana Sławka blog Sphaeristerium oraz trwają prace nad książką o sporcie w przedwojennym Wrocławiu. Nie wiem jak Wy, ale ja czekam z niecierpliwością!

12:14, sergiuszbober
Link Komentarze (36) »
piątek, 07 sierpnia 2009
Zapraszam na wycieczkę...

... do miejsca znanego jak Tierra Latina.

Autor tego znakomitego bloga, od dawna zaprzyjaźniony z Futbolin Chilijczyk tym razem popełnił wpis na temat piłki nożnej.

Musicie wiedzieć, że temat ten poruszany jest przezeń niezmiernie rzadko. Jeśli jednak już się za niego zabiera, to pokazuje światu takie cuda jak mecz piłkarski na Wyspie Wielkanocnej!

Zapraszam tutaj.

12:33, sergiuszbober
Link Komentarze (27) »
sobota, 01 sierpnia 2009
Brazylijski Standard

Chyba nigdy o tym nie wspominałem, ale wśród klubów europejskich, które Futbolin darzy szczególną sympatią, poczesne miejsce zajmuje belgijski Standard Liege.

Skąd ta sympatia? Trudno powiedzieć. Być może należałoby szukać jej źródeł w... krajobrazie. Liege to nie tylko miasto z przebogatą historią, ale także wielki ośrodek przemysłowy. To m. in. tam rodziło się zjawisko określane przez historyków mianem rewolucji przemysłowej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że dzisiejsze Liege jest miastem będącym czymś na kształ kombinacji pejzażu krakowskiego z katowickim.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem stadion Standardu Sclessin z kominami zakładów Cockerill-Sambre i rzeką Mozą w tle, w moim śląskim sercu coś drgnęło i tak już zostało ;)

Może dodam, że druga część zakładów znajdowała się w Charleroi (podobny krajobraz), a dzisiaj stanowią one część giganta ArcelorMittal. Co ciekawe, ich założyciel, angielski przemysłowiec John Cockerill, zmarł w Warszawie. Na koniec tego osobistego wątku jeszcze jeden detal. O ile się nie mylę, po drugiej stronie Mozy zaczyna się miejscowość Seraing, więc fabryka znajduje się w aglomeracji Liege, a nie w samym mieście.

Ale do rzeczy...

Od dwóch lat śledzenie poczynań tej ekipy sprawia mi sporo radości, gdyż Standard nie tylko góruje nad rywalami w Jupiler Pro League, ale także prezentuje całkiem ładny futbol. Zresztą i na arenie międzynarodwoej nie ma się czego wstydzić. W zeszłorocznych eliminacjach do Ligi Mistrzów jedynie o włos lepszy od Belgów był Liverpool. Później przyszła seria bardzo dobrych gier w Pucharze UEFA (wygrana silna grupa), dosyć nieoczekiwanie przerwana przez portugalską Bragę.

Co więcej, w klubie udało się zgromadzić grupę naprawdę niezłych piłkarzy (w tym bardzo młodych), o których coraz cześciej wypytują kluby z europejskiej czołówki. Jakiś czas temu do Evertonu powędrował Marouane Fellaini, a tego lata do AC Milan przeszedł reprezentant USA Oguchi Onyewu... Spore zainteresowanie wciąż budzą senegalski obrońca Mohammed Sarr, młodzi pomocnicy Axel Witsel i Steven Defour oraz szalejący w ataku kongijsko-serbski duet, który tworzą Dieumerci (cóż za wspaniełe imię!) Mbokani i Milan Jovanović.

Nad tym wręcz nadmiarem piłkarskich talentów najpierw panował Michel Preud'homme (mistrzostwo w sezonie 2007/08), a obecnie czyni to Rumun Laszlo Boloni. Kibicom "czerwonych" pozostaje jedynie mieć nadzieję, że magnes jaki stanowią występy w Lidze Mistrzów zatrzyma wszystkich wymienionych na Sclessin co najmniej przez najbliższe pół roku.

Co to wszystko ma wspólnego z tematyką poruszaną w Futbolin?

Jak się okazuje, całkiem sporo.

Liga belgijska zainaugurowała rozgrywki wczoraj, spotkaniem Standardu z Saint-Trond. W podstawowej jedenaste gospodarzy wybiegli dwaj Brazylijczycy: prawy obrońca Marcos Camozzato i grający tuż za wysuniętym napastnikiem Mbokanim Igor De Camargo. W ojczyźnie żaden z nich wielkiej kariery nie zrobił, ale w Belgii radzą sobie znakomicie. Pozycja Marcosa jest w Standardzie niepodważalna, z kolei legitymujący się belgijskim paszportem Igor zdążył już udanie zadebiutować w reprezentacji "Czerwonych Diabłów"...

Wczoraj Standard nieoczekiwanie stracił punkty, remisując 2 - 2, jednak oba gole dla obrońców mistrzowskiego tytułu zdobył Igor i to własnie one sprowokowały mnie do popełnienia tej brazylijsko-belgijskiej notki.

Spójrzcie na poniższą relację. Pierwsza bramka to naprawdę cud-miód-palce lizać. Znakomite podanie Marcosa i popis użytkowej techniki Igora. Od razu widać, że powołanie do reprezentacji nie było przypadkowe. Drugi gol to dowód jego uniwersalności. Dośrodkowanie z rzutu rożnego Jovanovicia i świetne uderzenie głową.

Warto przyjrzeć się także historii z rzutem karnym w końcówce spotkania. Tutaj akurat Brazylijczycy nie odgrywają żadnej roli, ale zdarzenie jest niecodzienne. Witsel (naprawdę należy zapamiętać to nazwisko), który z zimną krwią strzelał karne Gandawie i Anderlechtowi w mrożącej krew w żyłach końcówce ubiegłego sezonu, tym razem nie trafił i to aż dwukrotnie!

EDIT: Niestety z YT zniknał pierwotnie prezentowany tutaj materiał video. Z konieczności musiałem zastąpić go wyłącznie relacją z przestrzelonych "jedenastek" Witsela...

Wracając zaś do Igora i Marcosa, trudno po raz kolejny nie zachwycić się niezmierzonymi pokładami piłkarskich talentów występujących w Brazylii. Anonimowi na drugiej półkuli piłkarze jak za dotknięciem czarodziejskiej róźdżki okazują się być brylantami, zdolnymi odgrywać wiodące role w całkiem przecież dobrej lidze belgijskiej. Naturalnie ogromna w tym także zasługa skautów, którzy kiedyś w tych pozostających w cienu postaciach potrafili dostrzec bożą iskrę...

PS Mam nadzieję, że w Lidze Mistrzów Standard z brazylijskimi gwiazdami w składzie sprawi kilka niespodzianek.

15:57, sergiuszbober
Link Komentarze (8) »
czwartek, 30 lipca 2009
Strzała z Henderson

Wczorajsza zagadka wzbudziła spory odzew. Skoro aż tylu spośród nas znakomicie pamięta Caniggię, a niektórzy nawet nosili podobne doń fryzury, to czemu nie poświęcić Pajaro jeszcze jednej notki. Zapraszam na krótką foto-opowieść o karierze tego znakomitego piłkarza.

Claudio Paul Caniggia urodził się 9 stycznia 1967 roku w niewielkiej miejscowości Henderson w prowincji Buenos Aires (ok. 400 km na zachód od argentyńskiej stolicy). Początkowo kopał piłkę w miejscowym klubiku Juventud Unida, ale już w wieku 13 lat wypatrzyli go skauci wielkiego River Plate. Do boskiego Buenos przeniósł się z całą rodziną i rozpoczął treningi w młodzieżowych drużynach Millonarios.

W argentyńskiej pierwszej lidze zadebiutował 14 grudnia 1985 roku w wyjazdowym spotkaniu z Union Santa Fe, wygranym przez River 3 - 0. Na pierwszego gola przyszło mu czekać dosyć długo. Zdobył go dopiero 1 lutego 1987 roku w wygranym 4 - 2 meczu z Temperley. Pajaro trafił do siatki w 44 min., przy prowadzeniu rywali 2 - 0. W sumie w latach 1985-88 w barwach River rozegrał 53 spotkania, zdobywając 8 goli. Liczby te może nie robią wielkiego wrażenia (pamiętajmy, że połowa lat 80. to okres wielkiego River trenowanego przez Hectora Bambino Veirę; młodzieży nie było wówczas łatwo przebić sie do podstawowego składu), ale wraz z Antonio Alzamendim, Jorge da Silvą i nieodżałowanym Juanem Gilberto Funesem Caniggia współtworzył jedną z najlepszych formacji ofensywnych ekipy z Estadio Monumental w drugiej połowie XX wieku. Szybko też się okazało, że ten urodzony sprinter jest podatny na kontuzje oraz że nie przepuszcza żadnej szalonej imprezy. Świadczy o tym chociażby poniższe zdjęcie zaprezentowane w nieistniejącym już argentyńskim tygodniku "La Deportiva".

W reprezentacji Caniggia zadebiutował 10 czerwca 1987 roku. W Zurychu albicelestes, ówcześni mistrzowie świata, spotkali się z reprezentacją Włoch, ulegając jej 1 - 3. Uprzedzając nieco bieg wydarzeń warto przypomnieć, że tego samego dnia reprezentacyjny chrzest przeszedł także inny z bohaterów włoskiego mundialu, znakomity bramkarz Sergio Goycoechea.

Następnie Carlos Bilardo powołał swojego nowego ulubieńca na kontynentalny czempionat rozgrywany na stadionach Buenos Aires, Cordoby i Rosario. Występująca w roli gospodarza Argentyna zawiodła, ale wśród analizujących przyczyny niepowodzenia wypowiedzi Bilardo znaleźć można i taką: "Brakowało serca do gry. Mieli je tylko Giusti, Batista i Caniggia".

Na komentującym grę Argentyńczyków na łamach "Piłki nożnej - Magazynu" Zygmuncie Lenkiewiczu postawa Caniggii zrobiła duże wrażenie: "Argentyńską gwiazdą, objawieniem tych mistrzostw został obwołany skrzydłowy River Plate Claudio Paul Caniggia. Zdaniem Carlosa Bilardo Caniggia jest największym talentem jaki pojawił się w argentyńskim futbolu od czasów Diego Maradony. To znakomity drybler, bardzo szybki, doskonale grający głową napastnik. Jako bodaj jedyny [z grupy nowych twarzy w reprezentacji - dop. Futbolin] wywalczył już miejsce w podstawowej jedenastce mistrzów świata."

Podobnie grę Caniggii postrzegano we Włoszech. W owych czasach niebywale silna Serie A stanowiła pokusę nie do odparcia. Uległ jej także Pajaro. Wśród zainteresowanych jego usługami klubów wymieniano Romę, Veronę i Juventus. Ponoć "Stara dama" starała się o piłkarza tak mocno, że ten na prośbę miesięcznika "El Grafico" zgodził się wystąpić w sesji fotograficznej, przywdziewając jej barwy.

Ostatecznie za kwotę 2, 5 mln dolarów w 1988 roku piłkarza zakupił Hellas Verona.

Pierwsza przygoda Caniggii z boiskami Półwyspu Apenińskiego trwała sześć lat. Poza kibicami Gialloblu jego grą cieszyć mogli się także bywalcy stadionów Atalanty Bergamo i Romy.

Dzięki pobytowi we Włoszech stał się gwiazdą światowego formatu, z drugiej jednak strony także tam narodziła się jego czarna legenda. Szalone imprezy, niezliczone romanse, eksperymenty z narkotykami... Pozostawmy jednak głębszą analizę tego okresu specjalistom od calcio.

Imprezą sportową, z którą najcześciej kojarzony jest Pajaro są oczywiście rozgrywane w Italii mistrzostwa świata 1990 roku. To sprawy powszechnie znane, więc zamknę je prezentacją fotografii ze słynnego meczu z Brazylią. Albicelstes wygrali go wyłącznie dzięki geniuszowi Diego Maradony i zimnej krwi Caniego. Brazylia przeważała, miała sporo dobrych sytuacji podbramkowych, ale sile tego szalonego tandemu nie potrafiła się oprzeć...

Zaledwie rok później Cani błyszczał w koszulce albicelestes ponownie, tym razem w Chile podczas Copa America 1991. I znowu był częścią znakomitego duetu, mając za partnera w ataku Gabriela Batistutę. Batiggia, Canistuta - tak pisała o nich argentyńska prasa. Współpracowali naprawdę idealnie. Batigol strzelił 6 bramek, Pajaro dorzucił dwie. Został także wyrzucony z boiska w prestiżowej potyczce fazy finałowej z Brazylią, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Tuż po zakończeniu kariery Caniggia stwierdził, że najlepszym trenerem z jakim miał okazję pracować był Alfio Coco Basile twórca argentyńskich sukcesów z pierwszej połowy lat 90.

Po stosunkowo krótkim pobycie w Benfice Lizbona, w 1995 roku Caniggia wrócił do Argentyny. Wcześniej, dzięki niezłej postawie w mistrzostwach świata 1994 roku, częściowo odbudował swoją reputację nadszarpniętą 13-miesięczną dyskwalifikacj nałożoną nań we Włoszech za wykrycie w jego organizmie kokainy.

Tym razem trafił do odwiecznego rywala River, Boca Juniors. Co więcej, spotkać miał tam swojego bliskiego przyjaciela i mentora Maradonę, również nie stroniącego od imprez i używek.

Gra obu zawodników na La Bombonera możliwa był dzięki temu, że ich astronomiczne jak na argentyńskie warunki pensje opłacały firmy Low Jack i Multimedios America. Dla Boca Caniggia strzelił 17 bramek w 46 meczach. Projekt budowy drużyny wokół galacticos zakończył się jednak fiaskiem, gdyż nie udało się w tym czasie wywalczyć żadnego znaczącego trofeum. Jest jednak pewien mecz, dzięki któremu Pajaro na zawsze pozostanie w pamięci kibiców Xeneizes. W 16 kolejce Torneo Clausura 1996 Boca podejmowało... River Plate. Rzut oka na skład Boca pokazuje, że mówienie o galacticos jest jak najbardziej na miejscu: w bramce Carlos Navarro Montoya; w obronie Fernando Gamboa, Nestor Fabbri, Javier Mac Allister i Jose Horacio Basualdo; w pomocy Maradona, Cristian Kily Gonzalez i Juan Sebastian Veron; w ataku Caniggia (w tych czasach grywał już jako typowy napastnik, a nie tak jak dawniej na skrzydle). Trener? Carlos Bilardo! Millonarios, prowadzeni przez Enzo Francescoliego i Hernana Crespo, zaledwie kilkanaście dni wcześniej zdobyli Copa Libertadores, wygrywając w finale z Americą Cali.

Przez długi czas na boisku niewiele się działo, a obrońcy River świetnie radzili sobie z gwiazdami gospodarzy. Dopiero w 43 min. Maradona wymienia serię podań z Kameruńczykiem Alphonsem Tchamim, po czym piłka trafia do Caniggii. Ten dosłownie wkręca w ziemię znakomitego Paragwajczyka Guillermo Rivarolę i dośrodkowuje ze skrzydła. German Burgos nie miał żadnych szans przy główce Basualdo. W drugiej połowie role się zmieniają. Tym razem Tchami na prawym skrzydle radzi sobie z Leo Astradą i Hectorem Altamirano. Pajaro w charakterystyczny dla siebie sposób wchodzi między trzech zawodników River, strzela niezbyt mocno, ale wystarczająco dobrze, by jego zespół w 50 min. podwyższył prowadzenie. W 65 min. do przodu rusza Fabbri. Ze środka boiska rzuca prostopadłe podanie do mknącego Caniggii, który spokojnie wyprzedza Burgosa, Rivarolę oraz Celso Ayalę. Chwilę później czubkiem buta uderza piłkę, a ta po kilku odbiciach od murawy wpada w sam środek bramki River. 3 - 0!

Ale to jeszcze nie koniec. W 73 min. bezradny Ayala ciągnie w polu karnym za koszulkę Tchamiego. Prowadzący zawody Anibal Guillermo Hay nie ma żadnych wątpliwości - rzut karny. Do piłki podchodzi Maradona. Ma coś do udowodnienia, bowiem zmarnował trzy poprzednie "jedenastki". W meczu z Newell's przestrzelił, później dwukrotnie lepsi byli odeń bramkarze, Cesar Labarre z Belgrano Cordoba i Hernan Castellano z Rosario Central (w tym meczu karnego przestrzelił także Veron). Diego podbiega do piłki, strzela, Burgos frunie w przeciwnym kierunku... To jednak nie koniec pecha. Trafia w słupek! Gdy Maradona wznosi dłonie ku twarzy, do piłki w mgnieniu oka dopada Pajaro, ubiegając Ayalę, Rivarolę i Marcelo Escudero. Burgos wciąż leży gdzieś przy dalszym słupku. Strzał, gol. Trzeci Caniggii w tym meczu. Klasyczny hat-trick przeciwko świeżo upieczonemu zdobywcy Pucharu Wyzwolicieli. Niewielu może poszczycić się takim wyczynem...

Po występach w Boca Cani ponownie trafił do Włoch. Jego kolejny pobyt w Bergamo nie należał do udanych. Gdy wydawało się, że jego kariera ma się ku końcowi, 34-letni piłkarz ponownie zadziwił świat. Tym razem w Szkocji, gdzie najpierw wypromował się w Dundee, po czym do słynnych Rangersów za 900 tys. funtów ściągnął go w maju 2001 r. Holenderski trener Dick Advocaat. Na Ibrox Park Pajaro znacznie powiększył swoją kolekcję trofeów, zdobywają mistrzostwo Szkocji, Puchar Szkocji i Puchar Ligi. Udawało mu się unikać kontuzji, wobec czego sporo grał i strzelał ważne bramki. To także temat wykraczający poza horyzont zainteresowań Futbolin, ale szkockie sukcesy potwierdzają piłkarski geniusz i siłę charakteru Caniggii. W końcu w wieku 34 lat większość piłkarzy wolałoby spokojnie odcinać kupony od dawnej sławy niż niemalże dosłownie bić się z twardymi następcami Dave'a Mackaya, czy Denisa Lawa. A tu proszę, nadeszło nawet powołanie na koreańsko-japońskie mistrzostwa świata!

Przygodę z zawodowym futbolem zakończył Caniggia w egzotycznym Katarze, wygrywając tamtejszą ligę. Jak sam przyznawał, wyjazd ten był sensowny z punktu widzenia finansowego, ale plażowe granie i rozłąka z rodziną były dla niego raczej męczące.

Czy gdyby prowadził bardziej ustabilizowany tryb życia, mógłby osiągnąć więcej? Pewnie tak, ale przecież wicemistrzostwo świata, czy mistrzostwo kontynentu to nie jakieś mało znaczące drobiazgi. Poza tym, gdyby nie jego pozaboiskowe szaleństwa o ileż mnie frapująca byłyby to postać! Ja osobiście wolę kontrowersyjnego Caniggię niż (przykład pierwszy z brzegu) niepowtarzalnego na boisku ale nudnego jak flaki z olejem poza nim Pelego...

Na koniec pozostawiłem jedno ze zdjęć towarzyszących cytowanemu powyżej artykułowi Lenkiewicza. To rarytas, gdyż o ile mi wiadomo nie jest dostępne w internecie. By je zdobyć, trzeba postarać się o "Piłkę nożną - Magazyn" sprzed ponad 20 lat lub francuskie czasopismo Onze, z którego oryginalnie pochodzi. Myślę, że ta fotografia jak w pigułce skupia osobowość i karierę Caniggii. Rozwiane włosy, kolejny błyskawiczny rajd, bezradni obrońcy. Pajaro... Czy faktycznie nie ma czegoś z frunącego nad defensorami ptaka? I ta koszulka albicelestes. Dam głowę, że niewielu spośród nas myśląc Caniggia widzi go w barwach River, Boca, Hellas, czy Rangers. Cani nierozerwalnie kojarzy się z argentyńską reprezentacją...

22:28, sergiuszbober
Link Komentarze (12) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49