Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej. Argentyna, Brazylia, Kolumbia etc. Uwagi, analizy, komentarze, także konteksty pozasportowe.
Creative Commons License

BloGalaxia

Blogi Sportowe





RSS
poniedziałek, 28 września 2009
W Morro do Dende rządzi Fernandinho

Niestety, tym razem nie chodzi o uzdolnionego dzieciaka o takim pseudo, robiącego karierę w nikomu nie znanym klubiku i już budzącego zainteresowanie Milanów, czy innych Juventusów.

Morro do Dende to favela położona na stanowiącej część Rio de Janeiro wyspie Ilha do Governador. Fernandinho to szef miejscowego gangu Terceiro Commando Puro.

O tym, jak wygląda życie pod jego rządami przeczytać można w najświeższym numerze amerykańskiego tygodnika New Yorker. W sumie jednak pal sześć reportaż Joha Lee Andersona (to ten od wydanej także po polsku biografii Che Guevary). Smutne to wszystko, a włos niejednokrotnie jeży się na głowie, ale podobnych rzeczy czytaliśmy już wiele... Zresztą sceny z życia favelados znane są stosunkowo szerokiej publiczności nawet z kina, dzięki takim produkcjom jak Miasto Boga (Cidade de Deus), czy Elitarni (Tropa de elite).

Tym co robi największe wrażenie są ilustrujące tekst fotografie, których autorem jest Portugalczyk Joao Pina. W formie slide show udostępnione są tutaj. Z offu możemy usłyszeć głos autora tekstu, w którym przybliża nam jego treść i dzieli się swoimi refleksjami z pobytu w Rio. Te zdjęcia trzeba koniecznie zobaczyć!

Cały tekst dostępny jest wyłącznie dla prenumeratorów pisma. Redakcja udostępniła jednak abstrakt. Pada w nim nazwisko Alfredo Sirkis. Przy tej okazji warto przypomnieć, że losy tej interesującej postaci przybliżył nam swego czasu Artur Domosławski na kartach swojej znakomitej książki "Gorączka latynoamerykańska" (o ile mnie pamięć nie myli, pierwotnie Sirkis, obok innej znakomitości Ladislau Dowbora, był bohaterem reportażu tegoż autora w Magazynie, czyli dzisiejszym Dużym Formacie). Zresztą przypuszczam, że wielu spośród czytelników Futbolin samą książkę, czy teksty Domosławskiego z łamów Gazety Wyborczej zna doskonale.

W pokazie fotografii jest jeden akcent piłkarski, wszak mówimy tu przecież o Brazylii. Przyznam jednak, że widok trumny z ciałem zamordowanego policjanta, owiniętej sztandarem Flamengo robi wrażenie doprawdy przygnębiające...

21:26, sergiuszbober
Link Komentarze (3) »
niedziela, 27 września 2009
Z motyką na słońce

Choć może raczej z kijem... Po raz kolejny podejmuję ryzyko popełnienia notki krykietowej. Polones ostrzegał mnie, że czytelników będzie niewielu (Polones właśnie, może Gobokke, może Michał Kiedrowski; ktoś jeszcze?), ale w turnieju ICC Champions Trophy 2009 dzieje się tyle ciekawych rzeczy, że po prostu trzeba o nich napisać.

Poniżej proponuję krótkie relacje ze spotkań, które odbyły się po meczu RPA - Sri Lanka (relacja w jednej z poprzednich notek). Pisanie o krykiecie to nie tylko ryzyko zrażenia czytelników Futbolin, przyzwyczajonych do tematyki piłkarskiej. To także wyzwanie językowe. Jako że krykiet w Polsce jest praktycznie nieznany, brak w naszym języku stosownego słownictwa. Sam nie wiem, czy z tego kłopotu udaje mi się wybrnąć. No to jedziemy...

1. (Środa) Pakistan - Indie Zachodnie

Poważnie osłabiona brakiem czołowych graczy ekipa z Karaibów (skonfliktowani z West Indies Cricket Board są m. in. Chris Gayle, Shivnarine Chanderpaul i Ramnaresh Sarwan) uległa duetowi pakistańskich... nastolatków. W pierwszym innings świetnym bowlingiem popisał się zaledwie 17-letni Mohammad Aamer. Wyeliminował z gry trzech rywali, tracą przy tym średnio zaledwie 3,42 punkty na over. Niewiele gorszy był Umar Gul, w czego rezultacie IZ zostały powstrzymane na skromnych 133 punktach. Pomimo konieczności odrobienia tak niewielkiej straty, przez pewien czas wygrana Pakistanu była poważnie zagrożona. Spowodował to bowler Gavin Tonge, który do 15 overu wyrzucił z gry aż czterech rywali. W całym spotkaniu rzucał przy wręcz wybitnej średniej stracie wynoszącej 2,5. Ponadto w 3 z 10 overów rywale nie byli w stanie zdobyć na nim choćby punktu (tzw. maiden over). W końcu grę zdołał uspokoić radzący sobie jak rutyniarz drugi w duetu młokosów, 19-letni Umar Akmal. Z rytmu nie wybiło go nawet bolesne uderzenie w dłoń piłką, rzuconą przez Tino Besta. Jego 41 punktów pozwoliło odnieść Pakistanowi mimo wszystko zasłużone zwycięstwo różnicą pięciu wicketów.

2. (Czwartek) RPA - Nowa Zelandia

Po fatalnym występie przeciwko Sri Lance, gospodarze nie mieli wyjścia - wygrana była koniecznością. Ku uciesze licznie zgromadzonej w Centurion widowni (był to dzień wolny od pracy - 24 września w RPA obchodzony jest Heritage Day, celebrujący kulturową różnorodność kraju), Nowozelandczycy zagrali wyjątkowo bezbarwnie. Wśród nich wyróżnić można jedynie kapitana Daniela Vettoriego za bowling. Bardzo widoczny był brak kontuzjowanego Jacoba Orama. Do wygranej gospodarzy w największym stopniu spośród bowlerów przyczynili się: Wayne Parnell (aż pięć wicketów, choć przy wysokich stratach; w takim dniu można to jednak przemilczeć), Roelof van der Merwe (dwa wickety plus znakomity bowling defensywny) i Jacques Kallis (bez wicketu, ale za to pozwalający rywalom na zdobycie przeciętnie tylko 3 punktów na over). Z odbijających bez dwóch zdań oklaski należą się AB de Villiersowi (70 punktów) i Hashimowi Amli (pierwszy w historii hindus z pochodzenia w składzie Proteas), który dobrze poradził sobie z presją wywołaną szybkim wyeliminowaniem z gry kapitana Graeme Smitha. Duży plus także za uważną grę w polu, gdzie udało się wyłapać praktycznie wszystkie źle uderzane przez odbijających piłki. Ostatecznie RPA zwyciężyło pięcioma wicketami.

3. (Piątek) Anglia - Sri Lanka

Anglicy przystępowali do tego meczu po klęsce 1 - 6 w serii meczów jednodniowych z Australią. Ich rywale, dzięki wygranej z gospodarzami, jawili się jako jeden z głównych faworytów do wygrania całego turnieju. W drodze do RPA albo nastapiła cudowna przemiana albo seria z Aussies była po prostu okresem rozprężenia po wygraniu The Ashes. Mecz został ustawiony na samym początku. Angielscy bowlerzy spowodowali, że cztery pierwsze wickety Sri Lanka straciła już w piątym overze, zdobywając zaledwie 17 punktów! Z gry wyrzuceni zostali wszyscy ci, którzy zbudować mieli bezpieczną przewagę: Sanath Jayasuriya, Tillakaratne Dilshan, Mahela Jayawardene i kapitan Kumar Sangakkara. W formie absolutnie wyjątkowej był James Anderson, na którym rywale zarobili tylko 20 punktów, przy średniej 2,1 na over. Oprócz tego gracz z Lancashire zaliczył trzy wicekty. Na początku bardzo dobrze wspierał go Graham Onions, a później Stuart Broad (przez pewien czas nie radził sobie z nawierzchnią, ale z czasem znalazł swój rytm). Ostatecznie Sri Lanka zakończyła pierwszy innings z w miarę przyzwoitym wynikiem 213 punktów, na co złożyły się m. in. dwa half centuries (czyli 50 lub więcej punktów), które zdobyli Orlando Matthews i Thilina Kandamby. W drugim innings przez chwilę było nerwowo, gdy przy zaledwie 19 punktach z boiskiem pożegnali się młody Joe Denly i ostoja Anglików kapitan Andrew Strauss. Wkrótce sytuację opanowali Paul Colingwood (46 punktów), Owais Shah (44 pkt. - cóż za niespodzianka w kontekście jego fatalnej formy w serii z Australijczykami) i znakomity Irlandczyk Eoin Morgan (62 pkt. not out). Występ tego ostatniego spowodował, że od dwóch dni nieco rzadziej słychać pytanie "Gdzie do diaska jest Jonathan Trott?". W tym innings można było obejrzeć naprawdę kawał bardzo dobrego krykieta. Angielscy batsmani grali fantastycznie, znakomicie radząc sobie ze zwykle bardzo groźnymi rzucającymi Sri Lanki. Wystarczy wskazać, że weteran Muttiah Muralitharan pozwalał zdobywać im aż 6 punktów na over i nawet niespecjalnie ucieszył się ze swego jedynego wicektu...

Ostatecznie Anglia wygrała aż 6 wicketami.

Przedziwny moment: podczas odgrywania hymnów kilku graczy angielskich wyraźnie rozbawiła interpretacja God save the Queen miejscowej śpiewaczki. Taki Broad jedynie się uśmiechał pod nosem, ale już Graeme Swann prawie giął się w pół, tak mu było wesoło...

4. (Sobota) Australia - Indie Zachodnie.

Aussies (nie grali kontuzjowani Michael Clarke i Nathan Bracken) zwyciężyli 50 punktami. Dobrze spisali się w roli dobijających Mitchell Johnson i Ricky Ponting. Gracze z Karaibów sprzedali skórę znacznie drożej niż tego się spodziewano, ale ostatecznie górę wzięła rutyna ekipy z Antypodów...

5. (Sobota) Indie - Pakistan.

W przeciwieństwie do meczu z Indiami Zachodnimi, tym razem o wygranej Pakistanu różnicą 54 punktów zadecydował duet graczy doświadczonych. Batsmani Mohammad Yousuf (35 lat) i Shoaib Malik (27 lat) zaliczyli znakomity partnership, który między 14 i 45 overem dał ich drużynie aż 206 punktów. U rywali tragicznie zagrał Harbhajan Singh. Na kilka dni przed turniejem legendarny Ian Chappell rozpływał się nad jego znakomitym bowlingiem defensywnym. Wczoraj nie było widać tego w ogóle - Singh w 10 overach zaliczył zaledwie jeden wicekt, bardzo wysokim kosztem 71 punktów. To jednak nie wszystko. Jego nieprzemyślana decyzja o staraniu się o trzeci punkt w 6 piłce 41 overu, spowodowała wyrzucenie z gry Rahula Dravida. Do wygranej potrzebne było wówczas zdobycie 67 punktów z 49 piłek, co z Dravidem na boisku było w zasięgu indyjskiej drużyny...

Na dzisiaj zaplanowane są dwa mecze w bardzo ciekawej grupie B (wszystkie drużyny wciąż mają szanse na awans do półfinałów). W tej chwili Nowa Zelandia gra ze Sri Lanką. Po pierwszym innings Nowozelandczycy zawiesili poprzeczkę dosyć wysoko - 315/7. To zarazem ich najlepszy wynik w meczach jednodniowych z tym rywalem.

Natomiast o 14. 30 to co tygrysy lubią najbardziej. Na SuperSport Park w Centurion RPA podejmuje Anglię!

14:34, sergiuszbober
Link Komentarze (9) »
piątek, 25 września 2009
Cóż to jest 46 lat!

Jak może pamiętacie, kilka dni temu popełniłem notkę o kolumbijskim snajperze-weteranie Anthonym De Avili, który w wieku 46 lat strzela bramki dla słynnej Ameriki Cali.

Jak się okazuje, można grać w piłkę będąc znacznie starszym. Co prawda liga dosyć niska, ale i tak wiek Lamberto Borangi robi ogromne wrażenie. Pogratulować formy! O całej sprawie poinformował mnie w komentarzu do wpisu o De Avili Krzysztof Edward Borowski, autor wybornego bloga o włoskim futbolu Fuorigioco.

Oto pełny tekst. Zamieszczam go we wpisie, bo w komentarzach ta niecodzienna historia mogłaby Wam umknąć, a byłoby szkoda...

Włoch potrafi!
Trudno w to uwierzyć, ale w wieku 67 lat (!) między słupki wrócił Lamberto Boranga, aby strzec bramki Ammeto (umbryjska Seconda Categoria). Wszystko dlatego, że dwaj podstawowi bramkarze zostali... zdyskwalifikowani.
Dla jasności: Boranga grał m.in. w Fiorentinie i Parmie. Gdyby spojrzeć na rozpiętość czasową, jego kariery, to jest niemała: w wieku 19 lat stawiał pierwsze kroki w zawodowym futbolu w Perugii - był rok 1962. Grał nieprzerwanie do 1983 r., później w sezonie 1992/1993 miał epizod w innym umbryjskim zespole o dźwięcznej nazwie Bastardo (sic! :) 20 września br. znowu powrócił do futbolu. Istne szaleństwo! :-)

Dla niedowiarków: link

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czy mówi Wam coś nazwisko Lutz Pfannenstiel? Jeśli nie, nie martwcie się. Nie jest to w końcu postać z pierwszych stron gazet. Na szczęście istnieją takie blogi jak Underdog Football, dzięki którym tak niesamowicie barwnych sportowców możemy poznawać.

Kończąc historię o niemieckim bramkarzu autor Underdoga Artur Karpiński pisze tak: Jedno jest pewne – doświadczeń, które Lutz Pfannenstiel zebrał w przeciągu swojej kariery nie pobiją nawet największe kontrakty reklamowe, jakie zawierają obecne gwiazdki show-businessu mieniące się futbolistami. Gdybym sam był piłkarzem, nie miałbym wątpliwości którą ścieżką – Lutza Pfannenstiela czy Cristiano Ronaldo – podążyć… Zdecydowanie podpisuję się pod tym stwierdzeniem!

Tekst, oczywiście z gatunku "lektura obowiązkowa", znajdziecie tutaj. Może jeszcze dodam, że towarzyszy mu wiersz "Droga nie wybrana" Roberta Frosta...

Połączenie piłki nożnej z Frostem potwierdza, że blog Pana Artura to rzecz nietuzinkowa.

17:44, sergiuszbober
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 września 2009
Archiwalia: prawie jak Deyna

No, może nie aż takie to starocie, ale od piątku trochę czasu jednak upłynęło...

Opóźnienie jest o tyle usprawiedliwione, że nie mogłem znaleźć video z popisami młodego Argentyńczyka Damiana Diaza ze spotkania ligi chilijskiej Universidad Catolica - Curico. Mecz zakończył się niecodziennym rezultatem 7 - 0, a wypożyczony z Boca Juniors pomocnik zdobył aż trzy gole.

Skąd nawiązanie do Deyny?

Przyjrzyjcie się bramce na 6 - 0, która padła w 89 minucie meczu. Diaz strzelił ją bezpośrednio z rzutu rożnego. Samo trafienie z zerowego kąta skłania do uchylenia kapelusza przed jego umiejętnościami. Można jeszcze dorzucić westchnienie zachwytu na myśl, że piłkę uderzył zewnętrzną częścią stopy. Na poniższym filmie nie widać tego najlepiej, ale jak się nie ma co się lubi...

Zresztą warto obejrzeć wszystkie gole, bo sporo wśród nich całkiem ładnych. Choćby ten na 5 - 0, który także był dziełem Kitu. Niestety, niezłej jakości video znikneło z YT. Z konieczności musiałem zastąpić je czymś takim:

Dzięki wygranej i potknięciu Audax Italiano w meczu z Huachipato, Cruzados objęli prowadzenie w tabeli Torneo Clausura 2009.

Za kilka minut rozpocznie się hit 11 kolejki, w którym Audax zmierzy się z liderem...

01:58, sergiuszbober
Link Komentarze (2) »
środa, 23 września 2009
Wyszło jak zawsze...

W ten sposób można skomentować występ reprezentacji RPA we wczorajszym meczu otwarcia piątej edycji turnieju ICC Champions Trophy w jednodniowej odmianie krykieta (ODI).

Popularne Proteas przy okazji wszelkiego rodzaju rozgrywek uchodzą za jednego z murowanych faworytów (drugim zwykle jest Australia). Tym razem było podobnie. Także dlatego, że występują w roli gospodarza. Tymczasem, z dużej chmury spadł zaledwie kapuśniaczek.

Bohater meczu RPA - Sri Lanka, zdobywaca 106 punktów Tillakaratne Dilshan. Fot. Hamish Blair/Getty Images

Oczywiście to dopiero pierwszy mecz, więc kibice gospodarzy nie powinni wpadać w czarną rozpacz. Zresztą w kolejnych spotkaniach fazy grupowej czekają teoretycznie łatwiejsi rywale: Nowa Zelandia (zespół solidny, ale nie krykietowa potęga) i Anglia (dramatyczna forma w jednodniowej serii z Australią, zakończonej klęską 1 - 6). Z pewnością niepokoić powinien jednak styl wczorajszej porażki, gdyż niedoceniana ekipa ze Sri Lanki była wyraźnie lepsza w każdym elemencie gry.

W pierwszym innings (czyli w pierwszej połowie złożonej z maksymalnie 50 overów; jeden over to sześć rzutów) doskonała gra odbijających wynikała tyleż z ich świetnej formy, co z fatalnej postawy rzucających gospodarzy. Wśród nich najgorzej spisał się Wayne Parnell, który w 10 overach oddał rywalom aż 79 punktów, przy fatalnej przeciętnej 7,9. Dla porównania niezły Dale Steyn tracił przeciętnie tylko 5,22 pkt/over. Oczywiście mówimy tutaj wyłącznie o najdłużej wykorzystywanych bowlerach. Wśród "drugiego garnituru" koszmarny występy zaliczył przede wszystkim Albie Morkel (9,75).

Słaby bowling plus bardzo dobrzy odbijający zwykle dają pokaźny dorobek punktowy. Tak było również wczoraj. Sri Lanka czwarty wicekt straciła dopiero w 46 overze (!!!), przy 297 punktach na koncie. Dzieła zniszczenia dokonali doświadczeni Tillakaratne Dilshan (106 punktów z 92 piłek, aż 16 uderzeń za 4 punkty), Mahela Jayawardene (77) i kapitan Kumar Sangakkara (54). Znakomity partnership zaliczyli Dilshan i Sangakkara, zdobywając w ciągu nieco ponad 24 overów 158 punktów. Co prawda po wyrzuceniu Jayawardene szybko posypały się cztery kolejne wickety dla RPA, ale było to klasyczne too little too late...

W drugim innings przez chwilę wydawało się, że być może udana pogoń gospodarzy nie jest wykluczona. Bardzo dobrze zapowiadała się współpraca pary Graeme Smith - Jacques Kallis, ale zabawę przerwał natchniony Ajantha Mendis. Wystarczyło mu zaledwie 7 overów by wyeliminować wspomnianą dwójkę (przy Kallisie catch zaliczył Angelo Mathews) i Jean-Paula Duminy'ego (w pierwszej piłce; ogólnie fatalny występ). Po takiej serii ciosów nie pozbierałby się nikt...

Cierpienia miejscowych graczy w 37 overze przerwał deszcz. Lało na tyle mocno, że mecz zakończono, ogłaszając zwycięstwo Sri Lanki różnicą 55 punktów.

Goście dowiedli, że są znakomitym, zrównoważonym w każdym aspekcie gry zespołem, zdolnym wygrać cały turniej. Gospodarze powinni spojrzeć w lustro i zadać sobie pytanie, czy wyszli wczoraj na boisko w Centurion z odpowiednim nastawieniem. Od ich kapitana Graeme Smitha chętnie usłyszałbym także wyjaśnienie, dlaczego po wygraniu rzutu monetą pozwolił Sri Lance najpierw uderzać. Ostatnie mecze jednodniowe tej drużyny wyraźnie wskazują, że jeśli to robisz, zwykle przegrywasz. Poza tym warunki atmosferyczne wyjątkowo sprzyjały odbijającym...

Skrót spotkania obejrzeć można tutaj: 1, 2, 3, 4.

Scorecard

Liczba dnia - 24. Tyle razy w meczach jednodniowych reprezentacja Sri Lanki zdobywała w pierwszym innings 300 lub więcej punktów. Przegrała tylko raz, w 2008 roku z Indiami.

Dzisiaj inauguruje rozgrywki Grupa A. Na stadionie The Wanderers w Johannesburgu spotkają się dwie wielkie niewiadome, czyli Pakistan z Indiami Zachodnimi.

13:39, sergiuszbober
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 września 2009
Stary człowiek i może

Stary jedynie w sensie sportowym, a może faktycznie wiele. Choćby strzelić gola w jednym z najbardziej prestiżowych klasyków kolumbijskiego futbolu. W niedzielę 46-letni (sic!) Anthony De Avila otworzył wynik clasico vallecaucano, w którym America Cali pokonała Deportivo 3 - 1.

Nie był to w żadnym wypadku mecz o pietruszkę, w którym kurtuazyjni obrońcy zastosowali wobec weterana (roboczo stosuję to pojęcie, ale nie wiem czy jest adekwatne do casusu De Avili; o moich wątpliwościach na końcu niniejszego tekstu) taryfę ulgową. Los Diablos Rojos musiały zwyciężyć, by zachować choćby cień szansy na awans do fazy finałowej Apertury. Derby oczywiście rządzą się swoimi prawami, ale trudno o nadmierny optymizm, gdy sezon rozpoczyna się od sześciu porażek i dwóch remisów. Z kolei drużynie trenera Jose Hernandeza trzy punkty mogły dać pewne miejsce w ścisłej czołówce.

America przeważała przez całe spotkanie i jej wygrana ani przez chwilę nie była zagrożona. De Avila trafił do siatki w 38 minucie, po ładnym podaniu Andresa Andrade. Gdy super-weterana w końcówce zmienił Ivan Velez, stadion zgotował mu owację na stojąco.

Skrót całego spotkania obejrzeć można poniżej. Zainteresowanych wyłącznie trafieniem popularnego Pitufo (smerf) odsyłam do fragmentu zaczynającego się od 1:30.

46 lat...

Jeśli przez chwilę się zastanowić, wydaje się, że to absurdalny żart (wiem, że słynny Stanley Matthews zakończył zawodową karierę po 50 urodzinach, ale to były jednak nieco inne czasy). De Avila wrócił na boisko po 10 latach przerwy. Przygodę z zawodowym futbolem "zakończył" bowiem w wieku 36 lat, reprezentując barwy ekwadorskiej Barcelony Guayaquil. Bramki Deportivo strzegł w niedzielę Jaiber Cardona Lozano, z rocznika 1990. Jak łatwo policzyć, Pitufo jest od niego starszy o szokujące 27 lat!

W Kolumbii reakcje na wyczyn De Avili są różne. Zasadniczo wszyscy gratulują mu strzelonych goli (wcześniej zaliczył bramkę na wagę remisu w niełatwym spotkaniu z Independiente Santa Fe), ale wyciągają z tej sytuacji odmienne wnioski.

Zdaniem znakomitego obrońcy Jorge Bermudeza (najlepsze lata spędził w Americe Cali i Boca Juniors; w reprezentacji rozegrał ponad 50 spotkań) przyczyn udanych występów weterana upatrywać należy w fatalnym wyszkoleniu obrońców. Nieco inny pogląd zaprezentował słynny snajper Willington Ortiz (grywał w Millonarios Bogota oraz obu wielkich klubach z Cali), według którego to brak konkurencji ze strony utalentowanych młodych napastników powoduje, że weterani grają z powodzeniem tak długo. W podobnym duchu występy Pitufo skomentował także były trener Ameriki Jaime de la Pava: "Skoro z kraju wyjeżdżają młodzi snajperzy pokroju Radamela Falcao Garcii, Wasona Renterii, czy Hugo Rodallegi, w naturalny sposób pojawia się nieco więcej miejsca dla starszych graczy".

Bardziej skłonni do wychwalania samego De Avili są inni kolumbijscy trenerzy. Słynny Francisco Maturana stwierdził, że jego udane występy są przede wszystkim efektem dbania o formę, co stanowić powinno godny naśladowania przykład dla wielu młodszych piłkarzy. Prowadzący Boyaca Chico Alberto Gamero, który sam ma w składzie 40-letniego Evera Palacio także podkreślał znakomitą formę fizyczną De Avili, wskazując, że grę rozpoczyna w wyjściowej jedenastce, walczy o każdą piłkę i często dochodzi do dobrych strzeleckich pozycji. Możnaby jeszcze dodać coś o snajperskim instynkcie, czy znakomitej technice, których chyba z wiekim jednak się nie traci...

Jakkolwiek nie wyjaśniać przyczyn niezłej gry De Avili, jedno wydaje się konieczne: redefinicji wymaga pojęcie piłkarskiego weterana. W niedzielę gola na 2 - 1 dla Ameriki zdobył 35-letni Jorge Banguero. Do tej pory za weteranów uchodzili właśnie zawodnicy w mniej więcej takim wieku. Jak wobec tego określić gracza, mającego na karku aż czterdzieści sześć wiosen?

18:07, sergiuszbober
Link Komentarze (8) »
Co za pech!

Nie wiem jak inaczej skomentować sytuację z przedwczorajszego meczu Sri Lanka - Indie, będącego finałem towarzyskiego turnieju Compaq Cup w jednodniowej odmianie krykieta.

Zresztą zobaczcie sami. Piłkę rzuca zawodnik gości Yuvraj Singh, kij dzierży w dłoni kapitan Sri Lanki Kumar Sangakkara:

Owa pechowa i zupełnie niecodzienna strata wicektu (jeden z komentatorów podkreśla, że nigdy nie widział czegoś podobnego) była przełomowym momentem spotkania. Wcześniej gospodarze w naprawdę błyskotliwy sposób obrabiali wynoszącą 319 punktów stratę.

Zresztą mecz był niemal lustrzanym odbiciem wcześniejszej, relacjonowanej przeze mnie potyczki tych drużyn. Z tą oczywiscie różnicą, że tym razem wszystko układało się po myśli Indii. Aż 138 punktów zdobył legendarny Sachin Tendulkar, dla którego było to już 44 century (czyli dorobek stu lub więcej punktów) w meczach jednodniowych. Bardzo dobrze uderzali także Mahendra Singh Dhoni oraz Yuvraj Singh, zaliczając po 56 punktów. Wśród rzucających bezdyskusyjnie najlepszy był Harbhajan Singh, który wyeliminował aż pięciu zawodników gospodarzy...

W najbliższych dniach obie ekipy udadzą się do RPA, by wziąć udział w szóstej edycji nieco kontrowersyjnego turnieju Champions Throphy, organizowanego przez International Cricket Council. Sri Lanka rozpocznie zmagania 22 września meczem z gospodarzami. Triumfatorzy z Colombo cztery dni później zmierzą się ze swym odwiecznym rywalem Pakistanem. Tytułu bronią, jakżeby inaczej, Australijczycy...

01:17, sergiuszbober
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 września 2009
I tylko futbol psuje humor Argentyńczykom

Bez wątpienia ostatnie dni należą do najwspanialszych w dziejach argentyńskiego sportu. Juan Martin Del Potro wygrał US Open, bijąc w finale kandydata na tenisistę wszechczasów Rogera Federera, a Pumas, czyli reprezentacja rugbystów, została zaproszona do gry w Tri-Nations. Od 2012 roku rywalizować będzie z drużynami Australii, Nowej Zelandii i Republiki Południowej Afryki o tytuł najlepszej na południowej półkuli.

Na tym cudnym obrazku znaleźć można jednak rysy. Mówiąc dokładniej jedną pokaźną rysę, której na imię piłka nożna. W ostatnich spotkaniach z Brazylią i Paragwajem, jak powszechnie wiadomo, albicelestes zagrali koszmarnie. Trener Diego Maradona na obu pomeczowych konferencjach prasowych gładko wchodził w rolę szlachetnego rycerza zamkniętego w twierdzy, oblężonej przez żądnych krwi dziennikarzy. Piłkarze, tak na boisku, jak i poza nim przypominali gromadkę zdezorientowanych juniorów, a nie gwiazdy światowego formatu, za które uchodzą nie tylko nad La Platą. Efekt: piąte, barażowe, miejsce w tabeli. Zadanie na najbliższy czas: wcale nie rozpracowanie potencjalnego rywala w barażu, czyli całkiem solidnej Kostaryki, ale owego piątego miejsca utrzymanie.

Na tę kryzysową sytuację postanowił zareagować prezes AFA Julio Grondona, zwołując wczoraj serię spotkań z osobami kierującymi reprezentacją. Najpierw rano, w nieznanym miejscy gdzieś w centrum Buenos Aires, rozmawiał z sekretarzem technicznym (secretario tecnico) Carlosem Bilardo. Z kolei po południu słynny Narigon, już bez Don Julia, ale z jego wskazówkami w pamięci konferował w ośrodku treningowym Ezeiza z asystentami Diego Miguelem Angelem Lemme i Alejandro Mancuso. Towarzyszył im także pracujący z reprezentacją lekarz Donato Villani.

Narzucające się pytanie jest oczywiste: gdzie w tym czasie był Maradona?

Otóż D10S przebywał we... Włoszech, dokąd udał się w niedzielę wieczorem. Początkowo jego podróż przedstawiano jako wyjazd przynajmniej po części służbowy. Obok zabiegów mających poprawić stan nadwyrężonego kolana, selekcjoner rzekomo planował motywacyjne rozmowy z cześcią piłkarzy grających w Europie. Przy okazji kilku zawodnikom zamierzał oznajmić, że przynajmniej na jakiś czas z reprezentacją muszą się pożegnać. Dopiero wczoraj osobisty lekarz Maradony Alfredo Cahe (podobnie jak jego pacjent wyjątkowo barwna postać) poinformował, że tak naprawdę chodzi o wyjazd do spa, w celu zrzucenia pięciu kilogramów nadwagi. Dodał, że Diego towarzyszy w podróży jego aktualna partnerka Veronica. Jeśli wystarczy mu czasu, może faktycznie złoży wizyty kilku zawodnikom.

Grondona, który o planowanej przez Maradonę od miesiąca wyprawie poinformowany został w dniu wyjazdu, zareagował bardzo nerwowo. Bilardo miał ponoć usyłyszeć: "Skoro nie ma tutaj Diego, ty odpowiadasz za sprawy reprezentacji". Wypytywany przez dziennikarzy Narigon usiłował nadać tym słowom nieco mniej jednoznaczny wydźwięk: "Bardzo martwi mnie sytuacja reprezentacji, ale pracuję tak jak do tej pory. Jeśli Diego poprosi o radę, jestem do dyspozycji. Jeśli nie - nie będę się wtrącał. Decyzja o zmianach w składzie należy do niego".

Biorąc pod uwagę trudne położenie albicelestes wygląda to wszystko tragicznie: Grondona uderzył w stół, stwarzając wrażenie, że usiłuje coś robić; Bilardo, co w sumie zrozumiałe, nie ma zamiaru nadstawiać głowy za wywołany przez innych bałagan; Natomiast Maradona (naprawdę nie mógł przesunąć wyjazdu o dzień, czy dwa?) żyje w swoim zamkniętym świecie...

A świat to doprawdy dziwny. Nie ma w nim miejsca dla Lisandro Lopeza. W ataku, pomimo stałych niepowodzeń, wciąż wystawiana jest gromadka maluchów. Parę stoperów w kluczowym meczu z Brazylią tworzą koledzy z Velez Sarsfield: nieopierzony Nicolas Otamendi (jego brak doświadczenia widoczny był jak na dłoni przy trzeciej bramce dla canarinhos) i ociężały Sebastian Dominguez (obiekt kpin podczas występów w Corinthians). Zbawcy reprezentacji upatruje się we w sumie przeciętnym Jesusie Datolo. Uporczywie nie powołuje się Gonzalo Higuaina. Wreszcie jak z kapelusza wyciąga się weteranów Martina Palermo i Rolando Schiaviego, którzy pewnie mogą udanie pełnić role tzw. zadaniowców, ale w żadnym wypadku nie są zdolni samodzielnie odwracać losów trudnych eliminacyjnych spotkań.

Jaką drogą należy pójść znakomicie pokazują Brazylijczycy. Tam króluje podejście pragmatyczne: najpierw pojawił się pomysł na grę, póżniej Dunga wybrał odpowiednich wykonawców i canarinhos są już w finałach mistrzostw świata, na które za rok udadzą się w roli murowanego faworyta. Tymczasem Maradona prowadzi drużynę bez klarownego pomysłu, ulegając czarowi indywidualności, bądź dobierając graczy na podstawie zaledwie kilku w miarę udanych spotkań. Mam wrażenie, że gdyby wyżej wymienieni piłkarze popracowali powiedzmy przez rok z trenerem pokroju Dungi, dzisiaj Argentyńczycy też mogliby rozglądać się za sensowną bazą w RPA.

Niestety, czasu na zmiany jest niewiele. Do ciężkich spotkań z Peru i Urugwajem pozostał niecały miesiąc (w międzyczasie rozegrany zostanie jeszcze mecz towarzyski z Ghaną w Cordobie). Sądzę, ża Argentyna na mundialu mimo wszystko zagra, ale już dzisiaj wiadomo, że na trzeci triumf pod kierunkiem Diego Maradony nie ma co liczyć. W AFA czas skończyć z myśleniem magicznym (boski piłkarz = boski trener), zejść na ziemię i wybrać trenera z pomysłem oraz przywykłego do żmudnej roboty. W końcu argentyńska szkoła trzyma się całkiem mocno zarówno na poziomie reprezentacyjnym (vide sukcesy Gerardo Martino z Paragwajem, czy Marcelo Bielsy z Chile), jak i klubowym (Alejandro Sabella z Estudiantes). Kandydatów nie powinno zabraknąć...

PS O poziomie desperacji argentyńskich kibiców i mediów świadczą coraz bardziej fantastyczne propozycje zmian w składzie. Kilka goli strzelonych w Meksyku wystraczyło, by apelowano o powołanie Daniela Montenegro. Po pierwszym trafieniu w barwach Genoy Hernan Crespo ozanjmił, że czeka na telefon od Maradony. Sam Diego nagle przypomniał sobie o grającym w Napoli obrońcy Hugo Campagnaro (oczywiście wcześniej brakowało czasu, by go sprawdzić). Ponoć poważnie brany jest pod uwagę powrót do reprezentacji weterana Ariela Ortegi z River Plate... Osobiście też mam swój pomysł na reprezentację. W dwóch ostatnich meczach wystawiłbym w niebiesko-białych koszulkach Estudiantes de La Plata. Oczywiście z Sabellą a nie Maradoną w roli trenera. Ci piłkarze nawet z Brazylią i Paragwajem poradziliby sobie lepiej od drużyny zestawionej przez Diego, bo każdy z nich dokładnie wie, jakie zadania ma do wypełnienia na boisku.

PS1 Diego (i to w koszulce reprezentacji Brazylii!) oraz jego pracodawca, czyli AFA goszczą dzisiaj także na zaprzyjaźnionym blogu Tierralatina. Koniecznie zajrzyjcie!

14:26, sergiuszbober
Link Komentarze (5) »
niedziela, 13 września 2009
Zdarzyło się w sobotę

Po raz kolejny proponuję wpis o tematyce nie związanej z piłką nożną. W innych dyscyplinach działo się wczoraj tak dużo, że sprawy piłkarskie mogą poczekać. Może od jutra...

Rugby

1. Dzięki wyjazdowej wygranej 32 - 29 w meczu z Nową Zelandią, drużyna Republiki Południowej Afryki po pięciu latach przerwy ponownie zwyciężyła w dorocznym Tri-Nations.

Prowadzeni przez Petera De Villersa Springboks potwierdzili, że w tej chwili nie mają sobie równych na świecie. W tym roku aktualni mistrzowie świata nie tylko okazali się najlepsi na południowej półkuli, ale także wygrali prestiżową i niezwykle ciężką serię z British and Irish Lions. Co więcej, wczorajsza wygrana oznacza, że zaledwie po raz trzeci w historii i zarazem po raz pierwszy od ponad 30 lat RPA wygrało z All Blacks trzy razy z rzędu. To także drugie z rzędu zwycięstwo na ziemi nowozelandzkiej, poprzedzone zeszłorocznym, sensacyjnym triumfem w Dunedin.

Bohaterem potyczki rozegranej na Waikato Stadium w Hamilton był 22-letni Francois Steyn. Co prawda nie on zdobywał przyłożenia, ale z powodzeniem wykonywał kluczowe dla wygranej rzuty karne. Trafił trzykrotnie, z zapierających dech w piersiach odległości 60, 58 i 53 metrów... Bliższe dystanse z powodzeniem "obsługiwał" Morne Steyn, a przyłożenia zaliczyli Fourie Du Preez i Jean De Villiers (znakomicie przechwycił podanie lidera All Blacks Dana Cartera).

O tym, jak emocjonujący był tegoroczny turniej najlepiej świadczy to, że po 50 minutach gry goście prowadzili aż 29 - 12. Niezawodna para Steynów z pewnością także odcisnęła negatywne piętno na morale gospodarzy... Mimo to All Blacks zdołali się pozbierać i w końcówce byli o krok od wygranej.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Fransa Steyna. W kwietniu br. urodzony w Aliwal North (Eastern Cape) 22-latek podpisał kontrakt z paryską drużyną Racing Metro. Gra poza granicami RPA oznacza, że nie będzie mógł być powoływany do reprezentacji. Zresztą z podobną sytuacją mamy do czynienia w wypadku Jeana De Villiersa, który w najbliższych dniach rozpocznie przygodę z irlandzkim Munster. Kolejny puchar świata już w 2011 roku, a gracze tak uniwersalni (może grać na aż czterech pozycjach!) jak Steyn nie rodzą się na kamieniu nawet w stojącej talentami RPA. Ciekaw jestem, czy powyższa zasada zostanie utrzymana w mocy...

PS Może jeszcze dwa słowa o polityce. W 1981 roku gwałtowne protesty w Hamilton spowodowały odwołanie spotkania Springboks z prowincją Waikato. Wówczas RPA wciąż pozostawała państwem segregacji rasowej. Dzisiaj reprezentację prowadzi nie-biały trener, a o jej sile stanowią tacy zawodnicy jak Bryan Habana, Tendai Mtawarira, Odwa Ndungane, czy J. P. Pietersen. Dobrze, że koszmar - także sportowego - apartheidu się skończył, choć wciąż pozostaje mnóstwo do zrobienia.

2. Cichy bohater weekendu. W cieniu relacjonowanego powyżej pojedynku gigantów reprezentacyjnych odbył się pojedynek gigantów... prowincjonalnych. W meczu na szczycie południowoafrykańskiego Currie Cup spotkały się w Pretorii zespoły miejscowych Blue Bulls i Sharks z Durbanu. Goście zwyciężyli 29 - 23, a na murawie stadionu Loftus Versfeld rządził i dzielił argentyński łącznik ataku Juan Martin Hernandez. Mecz zakończył z 24 punktami na koncie, na które złożyły się jedno przyłożenie, dwa podwyższenia, cztery karne i jeden drop-goal.

3. Niestety, na tarczy powróciła z Kijowa reprezentacja polskich rugbystów, która uległa gospodarzom 19 - 12. Przegrana skomplikowała szanse na awans Biało-Czerwonych do Pierwszej Dywizji Pucharu Europy Narodów i 4 rundy europejskich eliminacji Rugby World Cup 2011. Zarówno zajmującej drugie miejsce w tabeli reprezentacji Polski, jak i liderującym z dwoma punktami przewagi Ukraińcom pozostały do rozegrania po trzy spotkania. Przy odrobinie szczęścia stratę można więc odrobić... Relację z meczu przeczytać można tutaj. W zamieszczonych pod nią komentarzach, wywiązała się ciekawa dyskusja na temat pomysłu na reprezentację. Zasadniczo spór toczy się między zwolennikami dwóch koncepcji: oparcia jej o zawodników grających w Polsce lub poszukiwania wzmocnień zagranicą, wśród rugbystów mających polskie korzenie. Osobiście popieram pisane na gorąco stanowisko Roberta Małolepszego. Póki piłka jest w grze, przede wszystkim trzeba skoncentrować się na podstawowym celu: skompletowaniu trzech zwycięstw w ostatnich meczach. Jeśli sprawy potoczą się po naszej myśli, w polskim rugby nastąpić może prawdziwy przełom! Na początek pojedynek z reprezentacją Czech, który odbędzie się 25 października w Warszawie.

Krykiet

1. Od kilku dni w stolicy Sri Lanki Colombo trwa towarzyski turniej krykieta jednodniowego Compaq Cup.

Obok gospodarzy biorą w nim udział reprezentacje Indii i Nowej Zelandii. W pierwszych spotkaniach oba zespoły azjatyckie pobiły Kiwis, wobec czego spodziewano się sporych emocji w ich bezpośrednim starciu. Emocji rzeczywiście nie zabrakło, jednak mało kto przypuszczał, że towarzyszyć będą one tak jednostronnemu widowisku.

Najpierw na stadionie im. byłego prezydenta kraju Ranasinghe Premadasy popis dali miejscowi batsmani. Sanath Jayasuriya i Thilina Kandamby zdobyli odpowiednio 98 i 91 punktów. Ponadto Kandamby'ego wsparł 36 punktami w bardzo dobrym partnership (razem 83 pkt) Chamar Kapugedera, stawiając Indie przed bardzo trudnym zadaniem zniwelowania 307-punktowej straty. Biorąc pod uwagę jakość indyjskiej drużyny oraz jej bardzo dobre jednodniowe występy (ściała czołówka rankingu International Cricket Council), skuteczna pogoń nie wydawała się być zadaniem niemożliwym...

Przez pewien czas przyjezdni bardzo, ale to bardzo mozolnie odrabiali straty. Dopiero gdy za bowling zabrał się Angelo Mathews na boisku rozpętał się huragan. Co tu dużo mówić, 22-latek z Colombo wybił im z głowy nie tylko marzenia o wygranej, ale także o nawiązaniu walki. Mathews wyrzucił z gry aż sześciu zawodników gości! Wszystko to wyglądało tak:

Jeszcze większe wrażenie od obrazu robi zapis statystyczny. Wynika z niego, że drużyna indyjska zdołała "zarobić" na Mathewsie zaledwie 20 punktów, zaś wyrzucona przezeń szóstka graczy zaledwie 14!

W 20 overze Mathews wyeliminował bez punktów Suresha Rainę.

W 24 overze boisko opuścić musiał słynny Rahul Dravid. Zdobył co prawda przyzwoite 47 punktów, ale z tego kosztem Mathewsa zaledwie 8.

Mahendra Singh Doni ze swoich 8 punktów przy rzucającym Mathewsie zdobył połowę. Z gry wyrzucony został w pierwszej piłce piorunującego 26 overu.

Zaledwie dwa rzuty później z jednopunktowym łupem boisko pożegnał Yusuf Pathan. Owo "oczko" zdobył nie na Mathewsie lecz na Jayasuryi.

W ostatniej piłce 28 overu z dorobkiem czterech punktów wyeliminowany został Harbhajan Singh. Spośród nich Mathews oddał zaledwie dwa.

Wreszcie w 30 overze na jednym punkcie został powstrzymany Ashish Nehra. I w tym wypadku Mathews zachował czyste konto, a skromy punkcik oddał Indiom Ajantha Mendis.

Bez wątpienia wczorajszego dnia Mathews potwierdził, że jest jednym z największych talentów światowego krykieta. Jednocześnie udowodnił, że nawet gdy karierę zakończy tyleż słynny co kontrowersyjny weteran Muttiah Muralitharan, przeciwnikom wciąż ciężko będzie radzić sobie z bowlerami ze Sri Lanki...

2. Także wczoraj rozstrzygnięte zostały losy 7-meczowej serii NatWest Series, w której w jednodniowych spotkaniach Anglia mierzy się z Australią. Po czterech pojedynkach Aussies prowadzą 4 - 0, a gospodarze z meczu na mecz stawiają coraz mniejszy opór...

Pierwsze spotkanie goście wygrali zaledwie 4 punktami (runs); drugie bezpiecznymi 39; trzecie to już róznica sześciu, ale wicketów; wczoraj Australia wygrała 7 wicektami. Oczywiście Anglia zgarnęła najważniejszą serię tego lata, czyli klasyczne pięciodniowe The Ashes, ale chyba nikt nie spodziewał się, że rywalizacja w meczach jednodniowych będzie aż tak jednostronna.

Wczoraj w bowlingu brylował Brett Lee, który wyeliminował pięciu Anglików, z kolei z kijem w ręku najlepiej radzili sobie Michael Clarke (61 pkt), Tim Paine (51) i Ricky Ponting (48).

14:32, sergiuszbober
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 września 2009
Angliku, nie graj w piłkę!

Szczególnie, jeśli na codzień uprawiasz inną dyscyplinę sportu. Taka przestroga płynie z wczorajszego zdarzenia, którego bohaterem był angielski krykiecista Joe Denly.

W czwartkowy poranek Denly, utalentowany młody batsman z Kent, wraz z kolegami z reprezentacji przygotowywał się do dzisiejszego jednodniowego meczu z Australią na The Oval. Cześcią treningu była gra w piłkę nożną. Zdaniem kapitana Andrew Starussa, to jeden z najlepszych sposobów na to, by zapewnić jeszcze przysypiającym zawodnikom nieco adrenaliny o poranku. Oczywiście obowiązuje dżentelmeńska umowa, że nie gra się ostro.

Niestety, wczoraj sprawy wymknęły się spod kontroli, a gra była całkiem serio. Rzecz jasna nie przypominała w niczym meczu Anderlechtu ze Standardem, ale nie brakowało walki bark w brak, czy drobnych przepychanek.

W końcu stali się Denly i Owais Shah. Wyglądało to tak:

Fot. AP

Pechowcowi, zresztą kiedyś trenującemu futbol w Charlton Athletic, usiłował pomóc na murawie masażysta Kirk Russel, ale uraz okazał się na tyle poważny, że zawodnik nie był w stanie samodzielnie pokonać w drodze do szatni schodów...

Nie po raz pierwszy zabawa w piłkę angielskich krykiecistów skończyła się kontuzją. W 2008 roku kolano w podobnych okolicznościach skręcił James Anderson, a tylko przy okazji tegorocznych The Ashes "piłkarskie" kontuzje przytrafiły się Ianowi Bellowi i Matthew Priorowi.

Wczorajsza sytuacja wyraźnie zirytowała byłego kapitana reprezentacji Anglii, a obecnie komentatora Sky Sports Nassera Hussaina. W swoim felietonie przypomniał, że właśnie ze względu na ewentualne urazy sam zakazał kolegom z reprezentacji gry w piłkę. Przy okazji podważył celowość organizowania intensywnych rozgrzewek. Jego zdaniem w zupełności wystarcza niewielka dawka ćwiczeń, w połączeniu ze stałym dbaniem o formę. Jak stwiedził, przed wyjściem na boisko lepiej jest wypić filiżankę herbaty i dobrze się skoncentrować, niż tracić energię na gonitwy za piłką... Ponadto w grę wchodzi zbyt duże ryzyko. Hussain przypomniał, że zwykle raz kontuzjowane kolano dokucza krykieciście do samego końca kariery. Tak było w przypadku Andrew Flintoffa, Michaela Vaughana, czy Marka Butchera. Może to dotyczyć także Denly'ego.

Wiele wskazuje na to, że dni piłki nożnej jako elementu rozgrzewki u krykiecistów są policzone. Sprawę w najbliższym czasie ma rozpatrzyć komisja techniczna angielskiej reprezentacji...

15:18, sergiuszbober
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49