|
środa, 04 listopada 2009
Fernando Caceres w stanie krytycznym
Tym razem ofiarą wzbierającej od lat nad La Platą fali przestępczości padł niegdyś znakomity obrońca albicelestes Fernando Cáceres. Według najnowszych komunikatów, dla jego życia decydujące będzie najbliższych 48 godzin. Zdarzenie W nocy z soboty na niedzielę Cáceres wracał wraz ze znajomą z położonego we wschodniej części Wielkiego Buenos Aires miasta Merlo. Na skrzyżowaniu ulicy Falucho z aleją Gaona w Ciudadela (część graniczącej z Capital Federal gminy Tres de Febrero) drogę prowadzonemu przezeń BMW zajechał fiat siena... Pełną wersję tekstu o tym tragicznym wydarzeniu, napisanego specjalnie dla portalu tierralatina.pl, znajdziecie tutaj. Zapraszam do lektury! PS Powyższy tekst został napisany w nocy z poniedziałku na wtorek. W tej sytuacji warto dodać, że według ostatniego komunikatu wydanego przez doktora Rubena Garcię ze szpitala im. Ramona Carrillo w Cudadela, stan piłkarza jest wciąż krytyczny, choć uznać można go za ustabilizowany.
czwartek, 22 października 2009
Czarodzieje z prowincji
Dzisiaj ponownie proponuję mały seans. Tym razem wybierzemy się do będącego bez wątpienia futbolowymi peryferiami brazylijskiego stanu Espirito Santo. Od kilku tygodni trwają tam rozgrywki Copa Espirito Santo 2009, które mają na celu wyłonienie drugiego reprezentanta stanu w przyszłorocznej edycji Pucharu Brazylii. Świat nie poświęca im wiele uwagi, choć powinien, bo zdarzają się tam prawdziwe cuda. Dodam od razu, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oto w rozegranym 11 października meczu Rio Brano - Serra (3 - 0) padł gol zupełnie niecodzienny. W drugiej połowie, przy prowadzeniu 2 - 0, gospodarze (stanowy potentat) wykonywali rzut rożny. Piłka trafiła do stojącego tyłem do bramki autora obu wcześniejszych goli Ronicleya. Ten przyjął ją na pierś, po czym wykonał strzał przewrotką. Traf chciał, że piłka trafiła do Caio, który wykonał identyczny zestaw zagrań. Z tą drobną różnicą, że po jego przewrotce piłka znalazła się w bramce. Cóż za asysta, cóż za gol! Wszystko to obejrzeć można od 4:52 min. poniższej relacji. Akrobacje wspomnianych piłkarzy widać całkiem nieźle, ale nie liczcie na powtórki, zbliżenia, widoki z lotu ptaka etc. W tym czasie ekipy telewizyjne były gdzieś daleko, relacjonując kolejną porcję flaków z olejem w wykonaniu wielkich, ekscytujących, wspaniałych... Swoją drogą, ciekawe po ilu podobnych perełkach nie zachowały się żadne ślady? Zdecydowałem się na wklejenie skrótu całego spotkania, choć dostępne jest również video tylko z wspomnianym golem. Sądzę, że piłkarze z Espirito Santo zasługują na to, by poświęcić im nieco więcej uwagi i zapamiętać nie tylko przez wzgląd na niecodzienną bramkę. W meczu nie brakowało przyzwoitych zagrań, podbramkowych spięć, czy udanych dryblingów.
Zawodnicy Rio Branco awans do finału Copa Espirito Santo 2009 mają już w kieszeni, gdyż wygrali wszystkie dotychczas rozegrane spotkania. Drugim finalistą będzie Gremio Esportivo Laranjeiras lub Vitoria. Piłkarze tego drugiego klubu są w lepszej sytuacji, gdyż mają do rozegrania jeszcze dwa spotkania przy jednopunktowej stracie do GEL. Ich rywale wyjdą na boisko tylko raz, by zmierzyć się z Serra. Drugim reprezentantem Espirito Santo w Copa do Brasil 2010 będzie stanowy mistrz Sao Mateus, który w pamiętnym finale pobił Rio Branco. Pamiętnym, bo zakończonym sądowym sporem. Jednak o tym przy innej okazji... PS Przypominam, że smakowity kąsek na temat brazylijskiej futbolowej prowincji zaserwował nam ostatnio Tomasz Surdel. Jego tekst przeczytać można tutaj.
środa, 21 października 2009
Trener Maradona w oczach Brazylijczyków
Czyż to nie zabawne? :)
Biedny Diego... Naprawdę nie mogło się obejść bez tego okropnego czepka? Wsłuchajcie się. Nawet tango przegrywa z brazylijskimi rytmami... Autorem animacji jest znany grafik Cesar Cavelagna, z którego twórczością bliżej można zapoznać się tutaj. PS Właśnie, Polones mnie opamiętał. Krab na końcu animacji zwraca się do Maradony mniej więcej tak (dodałem kontekst): Co Dieguito? Niewiele brakowało, a twoja inwazja na RPA zakończyłaby się śmiercią na plaży, nie?
niedziela, 18 października 2009
Tak sie strzela (kupuje?) gole w Brazylii
To tytuł artykułu autorstwa znanego speca od spraw latynoamerykańskich Tomasza Surdela, który został opublikowany dzisiaj przez portal www.tierralatina.pl Jeśli sądziliście, że polski futbol to wyżyny korupcji, byliście w błędzie. O czymś tak bezczelnym nie słyszałem dawno! Choć z drugiej strony, sprawa - jak sygnalizuje autor - być może ma drugie, niezmiernie intrygujące dno... Koniecznie zajrzyjcie tutaj!
czwartek, 15 października 2009
Dzień po clásico rioplatense
Wczorajszy mecz Urugwaju z Argentyną rozczarował. Pomimo towarzyszącego mu napięcia bez wątpienia nie zostanie włączony w poczet spotkań klasycznych, o których rozprawia się z pasją przez dziesięciolecia. Nie oznacza to jednak, że nie ma czego komentować. Oto garść refleksji. 1. Z boiska wiało nudą. W trakcie gry można było spokojnie wyjść po kanapki, nie tracąc wiele. Oczywiście stawka mogła paraliżować, ale wątpię by wielu kibiców spodziewało się aż tak bezbarwnej partii szachów... Pełną garść refleksji na temat wczorajszego meczu Urugwaj - Argentyna spisanych specjalnie dla portalu tierralatina.pl znajdziecie tutaj. Serdecznie zapraszam do lektury!
środa, 14 października 2009
Klasyk o wszystko
Data: 14 października 2009. Miejsce: Montevideo, Estadio Centenario. Rywale: Urugwaj i Argentyna. Słowem, przed nami kolejny futbolowy clásico rioplatense. 1. Tym razem stawka meczu jest wyjątkowa. To ostatnia kolejka zabójczego maratonu, jakim są południowoamerykańskie eliminacje Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Zwycięzca zgarnie całą pulę, czyli zapewni sobie występ na boiskach Republiki Południowej Afryki. Remis jest dla obu zespołów ryzykowny, bo w grze pozostał jeszcze Ekwador, który zmierzy się z już pewnym swego Chile (czytaj: nie w pełni zmotywowanym). Porażka, przynajmniej na jakiś czas, zepchnie jedną z tradycyjnych sił światowego futbolu na sportowy margines… Pełną wersję tekstu o dzisiejszym meczu Urugwaj - Argentyna napisanego specjalnie dla portalu tierralatina.pl znajdziecie tutaj. Serdecznie zapraszam!
piątek, 02 października 2009
Sprawiedliwość (?) nierychliwa
Pewnie niewielu czytelników Futbolin pamięta feralne derby Mendozy San Martin - Godoy Cruz z 11 września 2005 roku, rozegrane w argentyńskiej drugiej lidze. Dla przypomnienia, poniżej zamieszczam obie notki, które poświęciłem tym wydarzeniom. Notka z dnia 12 września 2005 r. Okropne rzeczy działy się w Nacional B, na Estadio de Las Malvinas Argentinas, podczas derbów Mendozy (tzw. clasico mendocino) między San Martin i Godoy Cruz. Mecz został przerwany w 79 min. przy stanie 3 - 0 dla GC, po incydentach z udziałem pseudokibiców, policji, dziennikarzy i futbolistów. Obrońca SM, Carlos Azcurra, został postrzelony, z odległości ok. jednego metra, gumowym pociskiem przez jednego z policjantów [piłkarze SM usiłowali powstrzymać brutalnie interweniujących funkcjonariuszy, gdyż na trybunie gdzie wybuchły zamieszki zasiadali nie biorący w nich udziału członkowie ich rodzin, w tym małe dzieci - dopisek autora z dnia 2 X 2009]. Natychmiast po tym zdarzeniu piłkarz, z perforacją płuca, przewieziony został do miejscowego Hospital Lagomaggiore, gdzie poddano go kilkugodzinnej operacji. Obecnie jego stan jest stabilny, choć wciąż poważny. Trwa kompleksowe dochodzenie mające wyjaśnić zajście. Gubernator prowincji Mendoza, Julio Cobos, miał stwierdzić: Un policía que hizo esto no puede estar en la fuerza.
Carlos Azcurra w przepychance z policjantami. Za chwilę padnie strzał... Fot. La Nacion Notka z dnia 13 września 2005 r. 1. Ciężko ranny w niedzielę Carlos Azcurra odzyskał wczoraj po południu przytomność, po przejściu blisko czterogodzinnej, skomplikowanej operacji. Dzięki temu może już samodzielnie oddychać, wobec czego odłączono go od aparatury wspomagającej pracę płuc. Wiceprezydent klubu San Martin Carlos Crotta powiedział, iż według prognoz lekarzy piłkarz nie będzie już nigdy mógł powrócić na boisko. Inna sprawa to jego szczęście w nieszczęściu. Zdaniem lekarza drużyny Carlosa Bertony, gdyby kula trafiła Azcurrę nieco wyżej, najprawdopodobniej zginąłby na miejscu. 2. Policja ujawniła nazwisko funkcjonariusza, który odpowiada za obrażenia piłkarza. Jest to 42-letni (od 20 lat na służbie) Marcial Maldonado. Prokurator Liliana Curri zarzuca mu usiłowanie morderstwa, uzasadniejąc taką kwalifikację czynu faktem działania Maldonado z premedytacją, pełną świadomością ewentualnych następstw i oddaniem strzału z najbliższej odległości. Oskarżonemu grozi do 25 lat pozbawienia wolności. Działania pozostałych funkcjonariuszy znajdujących się w bezpośredniej bliskości zajścia będą przedmiotem wewnętrznego dochodzenia policji. Wśród nich jest dowódca operacji, komisarz Jorge Perreyra, który oskarżany jest, m. in. przez wysokiego szczebla członków władz prowincji Mendoza, o próbę zafałszowania obrazu zdarzeń, gdyż wygłaszane przezeń oficjalnie opinie pozostają w zupełnej sprzeczności z powszechnie dostępnym zapisem wideo z zajść. 3. Najprawdopodobniej nie zostanie odwołany sobotni mecz San Martin - Almagro. Według kolegów z boiska Azcurry, reprezentowanych przez sekretarza generalnego związku zawodowego piłkarzy (Futbolistas Argentinos Agremiados) Sergio Marchiego, rozegranie pełnej kolejki spotkań będzie wyrazem szacunku dla poszkodowanego i hołdem dla jego walki o życie. Jednak spore problemy towarzyszyć mogą zaplanowanemu na najbliższy czwartek spotkania Godoy Cruz - Chacarita. Policja otwarcie wyraża swe obawy co do ewentualnej zemsty kibiców San Martin za jej poczynania z niedzielnego popłudnia. 4. Jak informuje dziennik Clarin, Jorge Azurra nie jest niestety pierwszym piłkarzem argentyńskim, który schodził z boiska z ranami postrzałowymi. Jego poprzednikiem był Mario Látigo Rodríguez, były bramkarz Central Norte z Salty, który w październiku 1994 roku został trzynastokrotnie postrzelony w prawą nogę. Oto jak wspominał to wydarzenie na łamach dziennika: "Ganamos el clásico contra Juventud Antoniana y fuimos campeones salteños. Los hinchas se metieron a dar la vuelta, pero los de Juventud reaccionaron. La policía intervino, tiró gases y balas de goma contra la hinchada de Central. Yo me interpuse en la línea de fuego y me dispararon al cuerpo. Lo que pasó aquella tarde fue una vergüenza". Dlaczego po tak długiej przerwie wracam do "sprawy Azcurry"? Otóż wczoraj, po nieco ponad czterech latach od tych wydarzeń, osiągnięty został jej finał. Azcurra zawarł ugodę z prowincją Mendoza, na mocy której otrzyma 300 tys. pesos odszkodowania, czyli równowartość ok. 225 tys. złotych. Początkowo domagał się 700 tys., ale ostatecznie przystał na proponowane warunki. Na pierwszy rzut oka kwota nie robi dużego wrażenia, jednak z drugiej strony pensje piłkarzy Nacional B wcale nie należą do wysokich i często wypłacane są z ogromnym opóźnieniem. Na tym tle jest więc całkiem przyzwoita. Otwartym pozostaje pytanie, czy rekompensuje konieczność zakończenia kariery sportowej? Wówczas 28-letni Azcurra miał przed sobą jeszcze kilka lat gry na przyzwoitym poziomie. Co prawda San Martin szybko obniżył loty i obecnie gra zaledwie w czwartej lidze, ale kto wie, jak potoczyłyby się losy klubu z tym piłkarzem w składzie? Zresztą niewykluczone, że niezła gra w potyczkach z drugoligową czołówką zaowocowałaby bardzo korzystnym ekonomicznie transferem... W międzyczasie odpowiedzialny za obrażenia Azcurry policjant Marcial Maldonado skazany został na karę trzech lat pozbawienia wolności w zawieszeniu i dwuletni zakaz pełnienia funkcji publicznych. Azcurra nie zerwał z futbolem. Obecnie próbuje swych sił jako trener w klubie El Algarrobal, grającym w lokalnej Liga Mendocina del Futbol. PS Od wczoraj działa portal www.tierralatina.pl, czyli nowy, obowiązkowy adres dla wszystkich zainteresowanych tym, co dzieje się na drugiej półkuli. Jego powstanie zawdzięczamy niewyczerpanym pokładom energii i kreatywności autora bloga Podróż na południe. Futbolin ma swój skromny udział w tym przedsięwzięciu. Zapraszam! PS1 Trzeci od końca akapit notki został przeze mnie zmieniony. W pierwotnej wersji zawierał poważny błąd, wynikający z tego, że Atletico Club San Martin z Mendozy pomylił mi się z Club Atletico San Martin z Tucuman. Najmocniej przepraszam za tę paskudną wpadkę.
poniedziałek, 28 września 2009
W Morro do Dende rządzi Fernandinho
Niestety, tym razem nie chodzi o uzdolnionego dzieciaka o takim pseudo, robiącego karierę w nikomu nie znanym klubiku i już budzącego zainteresowanie Milanów, czy innych Juventusów. Morro do Dende to favela położona na stanowiącej część Rio de Janeiro wyspie Ilha do Governador. Fernandinho to szef miejscowego gangu Terceiro Commando Puro. O tym, jak wygląda życie pod jego rządami przeczytać można w najświeższym numerze amerykańskiego tygodnika New Yorker. W sumie jednak pal sześć reportaż Joha Lee Andersona (to ten od wydanej także po polsku biografii Che Guevary). Smutne to wszystko, a włos niejednokrotnie jeży się na głowie, ale podobnych rzeczy czytaliśmy już wiele... Zresztą sceny z życia favelados znane są stosunkowo szerokiej publiczności nawet z kina, dzięki takim produkcjom jak Miasto Boga (Cidade de Deus), czy Elitarni (Tropa de elite). Tym co robi największe wrażenie są ilustrujące tekst fotografie, których autorem jest Portugalczyk Joao Pina. W formie slide show udostępnione są tutaj. Z offu możemy usłyszeć głos autora tekstu, w którym przybliża nam jego treść i dzieli się swoimi refleksjami z pobytu w Rio. Te zdjęcia trzeba koniecznie zobaczyć! Cały tekst dostępny jest wyłącznie dla prenumeratorów pisma. Redakcja udostępniła jednak abstrakt. Pada w nim nazwisko Alfredo Sirkis. Przy tej okazji warto przypomnieć, że losy tej interesującej postaci przybliżył nam swego czasu Artur Domosławski na kartach swojej znakomitej książki "Gorączka latynoamerykańska" (o ile mnie pamięć nie myli, pierwotnie Sirkis, obok innej znakomitości Ladislau Dowbora, był bohaterem reportażu tegoż autora w Magazynie, czyli dzisiejszym Dużym Formacie). Zresztą przypuszczam, że wielu spośród czytelników Futbolin samą książkę, czy teksty Domosławskiego z łamów Gazety Wyborczej zna doskonale. W pokazie fotografii jest jeden akcent piłkarski, wszak mówimy tu przecież o Brazylii. Przyznam jednak, że widok trumny z ciałem zamordowanego policjanta, owiniętej sztandarem Flamengo robi wrażenie doprawdy przygnębiające...
niedziela, 27 września 2009
Z motyką na słońce
Choć może raczej z kijem... Po raz kolejny podejmuję ryzyko popełnienia notki krykietowej. Polones ostrzegał mnie, że czytelników będzie niewielu (Polones właśnie, może Gobokke, może Michał Kiedrowski; ktoś jeszcze?), ale w turnieju ICC Champions Trophy 2009 dzieje się tyle ciekawych rzeczy, że po prostu trzeba o nich napisać. Poniżej proponuję krótkie relacje ze spotkań, które odbyły się po meczu RPA - Sri Lanka (relacja w jednej z poprzednich notek). Pisanie o krykiecie to nie tylko ryzyko zrażenia czytelników Futbolin, przyzwyczajonych do tematyki piłkarskiej. To także wyzwanie językowe. Jako że krykiet w Polsce jest praktycznie nieznany, brak w naszym języku stosownego słownictwa. Sam nie wiem, czy z tego kłopotu udaje mi się wybrnąć. No to jedziemy... 1. (Środa) Pakistan - Indie Zachodnie Poważnie osłabiona brakiem czołowych graczy ekipa z Karaibów (skonfliktowani z West Indies Cricket Board są m. in. Chris Gayle, Shivnarine Chanderpaul i Ramnaresh Sarwan) uległa duetowi pakistańskich... nastolatków. W pierwszym innings świetnym bowlingiem popisał się zaledwie 17-letni Mohammad Aamer. Wyeliminował z gry trzech rywali, tracą przy tym średnio zaledwie 3,42 punkty na over. Niewiele gorszy był Umar Gul, w czego rezultacie IZ zostały powstrzymane na skromnych 133 punktach. Pomimo konieczności odrobienia tak niewielkiej straty, przez pewien czas wygrana Pakistanu była poważnie zagrożona. Spowodował to bowler Gavin Tonge, który do 15 overu wyrzucił z gry aż czterech rywali. W całym spotkaniu rzucał przy wręcz wybitnej średniej stracie wynoszącej 2,5. Ponadto w 3 z 10 overów rywale nie byli w stanie zdobyć na nim choćby punktu (tzw. maiden over). W końcu grę zdołał uspokoić radzący sobie jak rutyniarz drugi w duetu młokosów, 19-letni Umar Akmal. Z rytmu nie wybiło go nawet bolesne uderzenie w dłoń piłką, rzuconą przez Tino Besta. Jego 41 punktów pozwoliło odnieść Pakistanowi mimo wszystko zasłużone zwycięstwo różnicą pięciu wicketów. 2. (Czwartek) RPA - Nowa Zelandia Po fatalnym występie przeciwko Sri Lance, gospodarze nie mieli wyjścia - wygrana była koniecznością. Ku uciesze licznie zgromadzonej w Centurion widowni (był to dzień wolny od pracy - 24 września w RPA obchodzony jest Heritage Day, celebrujący kulturową różnorodność kraju), Nowozelandczycy zagrali wyjątkowo bezbarwnie. Wśród nich wyróżnić można jedynie kapitana Daniela Vettoriego za bowling. Bardzo widoczny był brak kontuzjowanego Jacoba Orama. Do wygranej gospodarzy w największym stopniu spośród bowlerów przyczynili się: Wayne Parnell (aż pięć wicketów, choć przy wysokich stratach; w takim dniu można to jednak przemilczeć), Roelof van der Merwe (dwa wickety plus znakomity bowling defensywny) i Jacques Kallis (bez wicketu, ale za to pozwalający rywalom na zdobycie przeciętnie tylko 3 punktów na over). Z odbijających bez dwóch zdań oklaski należą się AB de Villiersowi (70 punktów) i Hashimowi Amli (pierwszy w historii hindus z pochodzenia w składzie Proteas), który dobrze poradził sobie z presją wywołaną szybkim wyeliminowaniem z gry kapitana Graeme Smitha. Duży plus także za uważną grę w polu, gdzie udało się wyłapać praktycznie wszystkie źle uderzane przez odbijających piłki. Ostatecznie RPA zwyciężyło pięcioma wicketami. 3. (Piątek) Anglia - Sri Lanka Anglicy przystępowali do tego meczu po klęsce 1 - 6 w serii meczów jednodniowych z Australią. Ich rywale, dzięki wygranej z gospodarzami, jawili się jako jeden z głównych faworytów do wygrania całego turnieju. W drodze do RPA albo nastapiła cudowna przemiana albo seria z Aussies była po prostu okresem rozprężenia po wygraniu The Ashes. Mecz został ustawiony na samym początku. Angielscy bowlerzy spowodowali, że cztery pierwsze wickety Sri Lanka straciła już w piątym overze, zdobywając zaledwie 17 punktów! Z gry wyrzuceni zostali wszyscy ci, którzy zbudować mieli bezpieczną przewagę: Sanath Jayasuriya, Tillakaratne Dilshan, Mahela Jayawardene i kapitan Kumar Sangakkara. W formie absolutnie wyjątkowej był James Anderson, na którym rywale zarobili tylko 20 punktów, przy średniej 2,1 na over. Oprócz tego gracz z Lancashire zaliczył trzy wicekty. Na początku bardzo dobrze wspierał go Graham Onions, a później Stuart Broad (przez pewien czas nie radził sobie z nawierzchnią, ale z czasem znalazł swój rytm). Ostatecznie Sri Lanka zakończyła pierwszy innings z w miarę przyzwoitym wynikiem 213 punktów, na co złożyły się m. in. dwa half centuries (czyli 50 lub więcej punktów), które zdobyli Orlando Matthews i Thilina Kandamby. W drugim innings przez chwilę było nerwowo, gdy przy zaledwie 19 punktach z boiskiem pożegnali się młody Joe Denly i ostoja Anglików kapitan Andrew Strauss. Wkrótce sytuację opanowali Paul Colingwood (46 punktów), Owais Shah (44 pkt. - cóż za niespodzianka w kontekście jego fatalnej formy w serii z Australijczykami) i znakomity Irlandczyk Eoin Morgan (62 pkt. not out). Występ tego ostatniego spowodował, że od dwóch dni nieco rzadziej słychać pytanie "Gdzie do diaska jest Jonathan Trott?". W tym innings można było obejrzeć naprawdę kawał bardzo dobrego krykieta. Angielscy batsmani grali fantastycznie, znakomicie radząc sobie ze zwykle bardzo groźnymi rzucającymi Sri Lanki. Wystarczy wskazać, że weteran Muttiah Muralitharan pozwalał zdobywać im aż 6 punktów na over i nawet niespecjalnie ucieszył się ze swego jedynego wicektu... Ostatecznie Anglia wygrała aż 6 wicketami. Przedziwny moment: podczas odgrywania hymnów kilku graczy angielskich wyraźnie rozbawiła interpretacja God save the Queen miejscowej śpiewaczki. Taki Broad jedynie się uśmiechał pod nosem, ale już Graeme Swann prawie giął się w pół, tak mu było wesoło... 4. (Sobota) Australia - Indie Zachodnie. Aussies (nie grali kontuzjowani Michael Clarke i Nathan Bracken) zwyciężyli 50 punktami. Dobrze spisali się w roli dobijających Mitchell Johnson i Ricky Ponting. Gracze z Karaibów sprzedali skórę znacznie drożej niż tego się spodziewano, ale ostatecznie górę wzięła rutyna ekipy z Antypodów... 5. (Sobota) Indie - Pakistan. W przeciwieństwie do meczu z Indiami Zachodnimi, tym razem o wygranej Pakistanu różnicą 54 punktów zadecydował duet graczy doświadczonych. Batsmani Mohammad Yousuf (35 lat) i Shoaib Malik (27 lat) zaliczyli znakomity partnership, który między 14 i 45 overem dał ich drużynie aż 206 punktów. U rywali tragicznie zagrał Harbhajan Singh. Na kilka dni przed turniejem legendarny Ian Chappell rozpływał się nad jego znakomitym bowlingiem defensywnym. Wczoraj nie było widać tego w ogóle - Singh w 10 overach zaliczył zaledwie jeden wicekt, bardzo wysokim kosztem 71 punktów. To jednak nie wszystko. Jego nieprzemyślana decyzja o staraniu się o trzeci punkt w 6 piłce 41 overu, spowodowała wyrzucenie z gry Rahula Dravida. Do wygranej potrzebne było wówczas zdobycie 67 punktów z 49 piłek, co z Dravidem na boisku było w zasięgu indyjskiej drużyny... Na dzisiaj zaplanowane są dwa mecze w bardzo ciekawej grupie B (wszystkie drużyny wciąż mają szanse na awans do półfinałów). W tej chwili Nowa Zelandia gra ze Sri Lanką. Po pierwszym innings Nowozelandczycy zawiesili poprzeczkę dosyć wysoko - 315/7. To zarazem ich najlepszy wynik w meczach jednodniowych z tym rywalem. Natomiast o 14. 30 to co tygrysy lubią najbardziej. Na SuperSport Park w Centurion RPA podejmuje Anglię!
piątek, 25 września 2009
Cóż to jest 46 lat!
Jak może pamiętacie, kilka dni temu popełniłem notkę o kolumbijskim snajperze-weteranie Anthonym De Avili, który w wieku 46 lat strzela bramki dla słynnej Ameriki Cali. Jak się okazuje, można grać w piłkę będąc znacznie starszym. Co prawda liga dosyć niska, ale i tak wiek Lamberto Borangi robi ogromne wrażenie. Pogratulować formy! O całej sprawie poinformował mnie w komentarzu do wpisu o De Avili Krzysztof Edward Borowski, autor wybornego bloga o włoskim futbolu Fuorigioco. Oto pełny tekst. Zamieszczam go we wpisie, bo w komentarzach ta niecodzienna historia mogłaby Wam umknąć, a byłoby szkoda... Włoch potrafi! Dla niedowiarków: link ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Czy mówi Wam coś nazwisko Lutz Pfannenstiel? Jeśli nie, nie martwcie się. Nie jest to w końcu postać z pierwszych stron gazet. Na szczęście istnieją takie blogi jak Underdog Football, dzięki którym tak niesamowicie barwnych sportowców możemy poznawać. Kończąc historię o niemieckim bramkarzu autor Underdoga Artur Karpiński pisze tak: Jedno jest pewne – doświadczeń, które Lutz Pfannenstiel zebrał w przeciągu swojej kariery nie pobiją nawet największe kontrakty reklamowe, jakie zawierają obecne gwiazdki show-businessu mieniące się futbolistami. Gdybym sam był piłkarzem, nie miałbym wątpliwości którą ścieżką – Lutza Pfannenstiela czy Cristiano Ronaldo – podążyć… Zdecydowanie podpisuję się pod tym stwierdzeniem! Tekst, oczywiście z gatunku "lektura obowiązkowa", znajdziecie tutaj. Może jeszcze dodam, że towarzyszy mu wiersz "Droga nie wybrana" Roberta Frosta... Połączenie piłki nożnej z Frostem potwierdza, że blog Pana Artura to rzecz nietuzinkowa. |