Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej. Argentyna, Brazylia, Kolumbia etc. Uwagi, analizy, komentarze, także konteksty pozasportowe.
Creative Commons License

BloGalaxia

Blogi Sportowe





RSS
piątek, 14 marca 2014
Pharrell Williams w Eretz Yisrael

Nie będę się jakoś specjalnie rozpisywał...

Po prostu, wersja robiącego ostatnio zawrotną karierę Happy z ulic, plaż i placów Tel Awiwu-Jafy jest moją zdecydowanie ulubioną:

PS Skoro już pojawił się wątek izraelski, to może przy okazji pozwolę sobie zaproponować jeszcze jeden utwór, który nie może się ode mnie ostatnimi czasy odczepić... Tym razem brzmienie, warstwa literacka i język zupełnie inne, ale powiązania będą pewnie czytelne:

Jeśli komuś się spodobało to świetnie! :)

Wypada pewnie dodać, że gra i śpiewa Viktor Stolyarov, a tekst napisał Michael Siper.

19:14, sergiuszbober
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 sierpnia 2013
Franciszek płaci jak Pan Bóg przykazał

O tym, że w sercu Jorge Bergoglio klub piłkarski San Lorenzo zajmuje miejsce szczególne wiadomo nie od dzisiaj.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że ogranicza się on przy tym wyłącznie do sumiennego sprawdzania rezultatów, jakie osiągają zawodnicy popularnego Ciclon (dygresja: szkoda, że tak rzadko używany jest jakże romantyczny przydomek Los Gauchos de Boedo).

Jak ujawnił wczoraj w programie telewizyjnym 90 Minutos nadawanym przez stację Fox Sports wiceprezes SL Marcelo Tinelli papież, jak przystało na poważnego socio (w 2008 r., przy okazji odprawiania mszy w klubowej kaplicy, otrzymał legitymację socio honorowego), także sumiennie płaci składki.

Zahaczany o najsłynniejszego kibica klubu Tinelli powiedział:

"El Papa garpa la cuota religiosamente mes a mes. Me preguntaba, ¿pagará a esta altura? Ni se debe acordar. Pero no. Me confirmaron que está al día y que cada mes paga religiosamente la cuota. El otro día pregunté y me confirmaron que está al día gracias al débito automático".

Więc rzeczywiście. Jak Pan Bóg przykazał. Miesiąc w miesiąc, dzięki stałej dyspozycji na konto CASL spływają środki od Papieża... Jak wyraźnie podkreśla Tinelli, fakt przeniesienia się przez Bergoglio do Rzymu nie miał żadnego wpływu na regularność przelewów.

Na zakończenie tego wątku Tinelli dodał, że ma nadzieję na spotkanie z Franciszkiem przy okazji zorganizowanego dlań meczu towarzyskiego Włochy-Argentyna, który odbędzie się 14 sierpnia w Rzymie.

Przy okazji: umiłowane przez Franciszka San Lorenzo rozpoczęło nowy sezon od wygranej 2 - 1 z Olimpo Bahia Blanca. Oba gole zdobył niedawno pozyskany z Quilmes urugwajski napastnik Martin Cauteruccio.



Trudno nie zauważyć, że w dobrej formie - zresztą jak zwykle - jest także komentujący to spotkanie Mariano Closs...

13:35, sergiuszbober
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 maja 2012
Powrót marzeń "Nochala"

Ów "Nochal" to oczywiście Lucas Viatri, który minionej nocy uratował nie tylko Boca Juniors, ale także śmiertelnie nudzących się kibiców.

Do 68 min. spotkania Racing - Boca na murawie El Cilindro działo się naprawdę niewiele. No dobrze, kilka razy gospodarze zmusili do interwencji Augustina Oriona, parę razy ładnie na skrzydłach pohasali goście. W sumie jednak z boiska wiało nudą. Gdyby koniecznie chcieć wskazać moment najciekawszy, to chyba było nim starcie jednego z zawodników Academii z Juanem Manuelem Insaurralde, po którym... pękła piłka.

Gdy na poważnie zaczynałem rozważać pójście spać, złoszcząc się przy tym, że to kolejna noc zarwana dla lichej jakości spektaklu (tydzień temu wymęczył mnie "hitowy" pojedynek Xeneizes z Velez Sarsfield), błysnął Narigon. Popisał się takim zagraniem:



Gol Viatriego (podawał Juan Sanchez Mino) nie tylko dał Boca prowadzenie, ale także był ozdobą jego powrotu na boiska po ciężkiej kontuzji. Osiem miesięcy temu w meczu z Belgrano w wyjątkowo pechowych okolicznościach zerwał więzadła.

Mnie - rzecz jasna - bramka takiej klasy natychmiast osłodziła nieprzespaną noc...  

Nieco później na 2 - 0 podwyższył Nico Blandi i było po sprawie.

W sumie wszystko ułożyło się po myśli Boca:

Po pierwsze, zdobyte trzy punkty pozwoliły piłkarzom Julio Cesara Falcioniego "wskoczyć" na pozycję lidera ligowej tabeli na cztery kolejki przed końcem rozgrywek.

Po drugie, udało się to uczynić w zasadniczo rezerwowym zestawieniu. Spośród zawodników pierwszego składu w Avellanedzie zagrali tylko Orion, Insaurralde i Pablo Mouche. Reszta odpoczywała przed ciężkim bojem z Fluminense w Copa Libertadores (pierwszy mecz Boca wygrało 1 - 0).

Po trzecie, powracający Viatri to bezcenne wzmocnienie na ostatniej prostej półrocza, w którym Boca wciąż może wygrać wszystko: ligę, Copa Libertadores i Puchar Argentyny. Wczorajszy gol tylko doda mu pewności siebie.

09:37, sergiuszbober
Link Komentarze (5) »
środa, 17 sierpnia 2011
Roger Daltrey w BBC Scotland

Krótko będzie.

Dzisiaj o godz. 15.05 czasu warszawskiego warto posłuchać BBC Radio Scotland (oczywiście można uczynić to on-line).

Gościem Toma Mortona będzie Roger Daltrey, współzałożyciel i wokalista The Who.

Słowem, bardzo przez Futbolin lubiana najprawdziwsza legenda rocka!

Rozmowa zapowiada się intrygująco, o czym przekonuje zapowiedź programu, którą przeczytać można tutaj.

By zachęcić do słuchania proponuję klasyków z ich najlepszego okresu, grających klasykę pióra słynnej spółki autorskiej Holland-Dozier-Holland:

Ech ta gitara na samym początku... Od razu wiadomo, kto gra! ;)

PS Dla chętnych: oryginał, najsłynniejszy cover oraz przeróbka najbardziej aktualna. Wszystkie wersje są znakomite!

10:18, sergiuszbober
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 czerwca 2011
Macondo i okolice: Przedłużone męki Millonarios

1. Od 23 lat kibice kolumbijskiego Millonarios Bogota wyczekują mistrzowskiego tytułu. Wczorajszy dzień sprawił, że ich cierpliwość poddana zostanie kolejnej, co najmniej sześciomiesięcznej próbie.

Porażka 1 - 2 w rewanżowym meczu półfinałów fazy play-off Torneo Apertura z nuworyszami (rok założenia - 1982) z La Equidad oznacza, że najbardziej utytułowany na krajowej arenie kolumbijski klub po raz kolejny kończy sezon z pustymi rękoma. Na domiar złego rywal to drużyna zza miedzy.

W finale pogromcy Los Azules spotkają się ze słynnym Atletico Nacional de Medellin.

Jeśli wygrają, będą pierwszym stołecznym mistrzem od wspomnianych 23 lat, gdyż czarnej serii Bogoty nie było w stanie przerwać także Independiente Santa Fe. Ten klub - podobnie jak Millonarios - zaliczany jest do tradycyjnych gigantów kolumbijskiego futbolu. 

Bohaterem wczorajszego meczu był napastnik Wilberto Cosme, który przez całe rozgrywki nie zdobył ani jednego gola. Odblokował się w kluczowym momencie...

Wygrana La Equidad mogła być bardziej okazała, gdyby w pierwszej połowie bramkarza Millos Nelsona Ramosa nie wyręczyła najpierw poprzeczka (z rzutu wolnego uderzał Hayner Mosquera) i później słupek (mocny strzał w krótki róg Cosme).

Wszystko to ładnie widać tutaj:

 

Dla porządku dodam, iż pierwszy mecz półfinałowy - rozegrany na słynnym stadionie El Campin - zakończył się remisem 2 - 2.

Rywalizacja finałowa rozpocznie się w najbliższą niedzielę. Gospodarzem pierwszego meczu będzie La Equidad, gdyż Atletico Nacional zajęło wyższe miejsce w tabeli po sezonie regularnym. Rewanż odbędzie się 15 czerwca.

Dla La Equidad to trzecia szansa na mistrzostwo. Tegoroczny finał jest także okazją do srogiego rewanżu, bowiem cztery lata temu w najważniejszym dwumeczu Torneo Finalizacion 2007 lepsze było Atletico Nacional. Z kolei rok temu Aseguradores ulegli Juniorowi Barranquilla

Czyżby do trzech razy sztuka?

2. Ciekawostki etnograficzno-antropologiczne lub małe przyjemności.

Nie bardzo wiem przy okazji jakiego meczu zrobiono to zdjęcie, ale jest w nim coś urzekającego. Antolin Alcaraz, jak na Paragwajczyka przystało, spokojnie delektuje się mate, tudzież ka'ay... Pan obok to oczywiście Nelson Haedo Valdez.

14:15, sergiuszbober
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 czerwca 2011
Odeszła Rosenery Mello

Bohaterka dzisiejszego wpisu zmarła w sobotnią noc w Rio de Janeiro. Miała zaledwie 45 lat. Przyczyną śmierci był tętniak mózgu.

Ktoś powie: smutna historia, co jednak Futbolin ma do tego?

Jak się okazuje całkiem sporo.

Otóż pani Rosenery Mello do Nascimento była zamieszana w niesławne chilijskie Maracanazo z 1989 roku.

Trwały wówczas eliminacje do włoskiego mundialu (Italia 90). W grupie trzeciej, przed ostatnim meczem, szanse na awans miały reprezentacje Brazylii i Chile. Gracze znad Pacyfiku, by pojechać do Włoch potrzebowali zwycięstwa na słynnej Maracanie

Roberto Rojas w barwach Colo Colo.

Na boisku wydawało się to mało prawdopodobne. Brazylijskie gwiazdy pod każdym względem górowały nad waleczną drużyną trenera Orlanda Araveny. Rezultatem ich przewagi był gol, strzelony na początku drugiej połowy przez Carecę (tworzącego wówczas w Napoli atak marzeń z Diego Maradoną). Bezradni goście coraz bardziej oddalali się od mistrzostw świata...

W 69 min. spotkania ich bramkarz Roberto Rojas postanowił sięgnąć po nadzwyczajne środki. Pomoc nadeszła ze strony niczego nieświadomej... bohaterki dzisiejszej historii! Z ulokowanej za bramką trybuny rzuciła w jego kierunku racę. Rojas padł jak długi, trzymając się za krwawiącą głowę.

Przez długi czas wydawało się, iż "pocisk" dosięgnął go i ciężko ranił. Na boisku zapanował chaos. Piłkarze rozpoczęli wzajemne pyskówki, gdzieś zapodziała się ekipa pielęgniarzy z noszami, chilijski napastnik Patricio Yanez kilkukrotnie pokazał Brazylijskim kibicom co o nich sądzi, a nad całością usiłował bezskutecznie zapanować argentyński sędzia Juan Carlos Loustau.

Ostatecznie Rojas został zniesiony z boiska przez kolegów, a spotkanie zostało przerwane. Od razu zaczęto spekulować co dalej. W grę wchodziło kilka rozwiązań: walkower dla któregoś z zespołów, dogranie brakujących minut np. dzień później, wreszcie powtórzenie spotkania na neutralnym - czyli bezpieczniejszym od Maracany - stadionie.

Jak się wkrótce okazało, na ostatnim wariancie gościom zależało najbardziej...

Lekarze badający Rojasa szybko i ku swojemu zdziwieniu ustalili, iż na jego policzku pojawiła się rana cięta. Nie stwierdzili ani śladów oparzeń ani pozostałości typowych dla fajerwerków substancji chemicznych.

W tym samym czasie poddano analizie zapis telewizyjnej transmisji. Raca rzeczywiście spadła dość blisko chilijskiego portero, jednak wykluczono bezpośrednie trafienie. Dociekliwi zaobserwowali jeszcze jeden interesujący drobiazg: chwilę wcześniej Rojas manipulował przy swoich rękawicach, następnie przyłożył coś do twarzy.

Rozwiązanie zagadki było nadzwyczaj proste: w rękawicy ukrył ostry kawałek metalu, którym rozorał policzek. Raca rzucona przez Rosenery stworzyła wyczekiwaną przez Rojasa sytuację, która miała uwiarygodnić okoliczności całego zdarzenia. Liczył, że jego starannie wyreżyserowane przedstawienie doprowadzi do potórzenia spotkania na neutralnym terenie, co miało dać chilijczykom nadzieję na ogranie Canarinhos. Jak przyznał kilka lat później w wywiadzie udzielonym brazylijskiemu miesięcznikowi Placar, gdyby nie raca, pewnie odegrałby swą życiową rolę utrzymując, iż został trafiony kamieniem przy wybijaniu autu bramkowego.

Gdy oszustwo wyszło na jaw, dla Chilijczyków nie było pobłażania. Brazylia, w myśl regulaminu, uznana została za zwycięzcę walkowerem (2 - 0). Rojas został dożywotnio zdyskwalifikowany. Oprócz niego ukarano m.in. prezesa tamtejszej federacji Sergio Stoppela, lekarza reprezentacji Daniela Rodrigueza, trenera Arvenę oraz obrońcę Fernando Astengo. Reprezentacja wykluczona została z eliminacji do następnych mistrzostw świata. 

Rosenery została szybko zidentyfikowana przez policję i zatrzymana. Równie szybko opuściła areszt, gdyż nie stwierdzono popełnienia przestępstwa.

Rosenery Mello na okładce brazylijskiej edycji Playboya.

Licząca wówczas 24-lata mieszkanka Rio de Janeiro szybko stała się sezonową celebrytką. Przyjęła m. in. propozycję brazylijskiej edycji Playboya, stając się główną atrakcją numeru z listopada 1989 roku. Jak sama przyznała po latach, nie potrafiła umiejętnie wykorzystać zainteresowania mediów. Honoraria posłużyły do sfinasowania kilku podróży, reszta rozpłynęła się podczas beztroskich hulanek. Wkrótce trzeba było zejść na ziemię.

Przez kilka lat pracowała jako uliczna sprzedawczyni hot-dogów. By odpocząć od Rio na pewien czas zamieszkała w Brasilii. Wyszła po raz drugi za mąż, za byłego oficera marynarki wojennej. Z czasem powróciła na wybrzeże, tym razem do miasta Araruama. Doczekała się trójki dzieci. Wciąż trudniła się handlem na niewielką skalę.

Podobno w jej ofercie znajdowały się także fajerwerki...

PS Rodzina Rosenery zgodziła się na wykorzystanie jej organów do przeszczepów.

PS 1 W 2001 r. FIFA anulowała dożywotnią dyskwalifikację Rojasa. Dzięki temu mógł rozpocząć pracę trenera. Prowadził m. in. Sao Paulo, w którym grał przed dyskwalifikacją. Pomimo wywołanego przezeń skandalu, uważany jest za jednego z najlepszych bramkarzy w historii chilijskiego futbolu.

Pisząc powyższe, korzystałem z hiszpańskiej i portuglaskiej Wikipedii oraz doniesień dziennika Folha de Sao Paulo i witryny globo.com

21:45, sergiuszbober
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 06 czerwca 2011
227

Tyle bramek - dzięki wczorajszemu trafieniu w meczu z Quilmes - uzbierał w argentyńskiej lidze Martin Palermo.

Gol był to doprawdy spektakularny:



Najlepszym komentarzem do suchej liczby z tytułu notki, jest... jeszcze więcej suchych liczb.

Oto jak wygląda klasyfikacja najlepszych strzelców w historii zawodowej ligi argentyńskiej:

1. Arsenio Erico - 293

2. Angel Labruna - 293

3. Herminio Masantonio - 256

4. Manuel Pelegrina - 231

5. José Sanfilippo - 227

6. Martín Palermo - 227

7. Ricardo Infante - 217

8. Oscar Más - 215

9. Carlos Bianchi - 206

10. Bernabé Ferreyra - 206

Spośród wymienionych tylko Más i Bianchi to piłkarze w miarę bliscy naszym czasom - biegali po boiskach jeszcze w połowie lat 80-tych XX w. Pozostali to postaci historyczne w pełnym tego słowa znaczeniu.

Wniosek?

Do przetasowań w powyższej tabelce dochodzi niezmiernie rzadku, na tym głębsze ukłony zasługuje więc autor wczorajszego wyczynu.

Co więcej, Palermo wciąż ma szanę na wyprzedzenie Sanfilippo, bowiem przed zakończeniem kariery rozegra jeszcze dwa mecze - z Banfield i GELP. Swoją drogą dobrze, że wczoraj El Titan nie został ukarany żółtą kartką. Gdyby taka sytuacja miała miejsce, za tydzień nie mogłoby dojść do skutku jego pożegnanie z kibicami Boca na słynnej La Bombonera.

Oczywiście nie wszyscy są entuzjastami talentu Palermo. Krytycy często wskazują, że nie zrobił wielkiej kariery w Europie i w reprezentacji; że kiedyś przestrzelił trzy karne (polska Wikipedia wciąż kojarzy go głównie z tym wydarzeniem, co pozostawiam bez komentarza); że nie jest mistrzem techniki itp. itd.

Jakby odpowiadając na powyższe zarzuty niejaki Juan Roman Riquelme, którego relacje z Palermo nigdy nie należały do łatwych, stwierdził niedawno (i to wcale nie przez zaciśnięte zęby!): Długo nie narodzi się taki piłkarz jak on. Wszystkim nam będzie go bardzo brakowało.

PS Futbolin Martina Palermo darzy gorącym uczuciem nie od dzisiaj. Jeśli ktoś ma czas i ochotę na trochę archiwaliów, to zapraszam:

Link1

Link2

Link3

13:41, sergiuszbober
Link Komentarze (4) »
piątek, 03 czerwca 2011
Szczery Carlitos u Susany Gimenez

Carlitos to oczywiście Carlos Tevez. Od kilku lat gwiazda boisk angielskich (niegdyś West Ham i Manchester United, teraz Manchester City), wcześniej błyszczący w barwach Boca Juniors. Pani Gimenez to z kolei argentyńska wersja Oprah Winfrey, prowadząca w telewizji Telefe najpopularniejsze talk-show nad La Platą.

Calos Tevez, jeszcze w barwach Boca Juniors, na okładce słynnego argentyńskiego miesięcznika sportowego El Grafico.

El Apache był wczoraj w dość refleksyjnym nastroju, dzięki czemu widzowie potraktowani zostali czymś więcej niż tradycyjną porcją przewidywalnych ekranowych pogaduszek.

Jeśli chodzi o kwestie czysto piłkarskie, Tevez znajmił, iż nastał kres jego konfliktu z trenerem albicelestes Sergio Batistą. Wiadomość to niewątpliwie znacząca, gdyż dzięki temu wciąż możliwy jest jego udział w zbliżającym się turnieju Copa America. Panowie spotkali się w Buenos Aires by szczerze porozmawiać i szybko doszli do wniosku, że w zasadzie nie ma żadnego problemu. Przyczyną niedawnych polemik - jak to często bywa gdy dyskutuje się za pośrednictwem mediów - były typowe, powstałe gdzieś na łączach, przekłamania.

Następnie Carlitos przeszedł do tematów osobistych i w związku z nimi padły słowa najciekawsze.

"W Manchesterze nie ma nic ciekawego do roboty. Wciąż słabo mówię po angielsku. Gdy za trzy lata wypełnię mój kontakt z City, na pewno nigdy tam nie wrócę. Nawet na wakacje."

Tevez oczywiście brał lekcje języka, ale - jak twierdzi - pokonała go nauka czasowników nieregularnych. W rezultacie najchętniej uczęszcza do jednej z włoskich restauracji, gdyż tam najłatwiej jest mu złożyć zamówienie. Odpadają też wyprawy do kina, bo trudno zabierać ze sobą tłumacza. Większość czasu spędza w wynajmowanym przez klub domu.

Prowadząca program - w swoim stylu - usiłowała przekonywać Teveza, by powrócił do nauki, tymczasowo rezygnując z prób opanowania feralnych czasowników...

Problemem jest także swobodne poruszanie się po mieście. Nie posiadający prawa jazdy Tevez skazany jest na korzystanie z usług szofera. Dla zainteresowanych istotny szczegół - zawodnik posiada Bentleya.

Sporo uwagi El Apache poświęcił także swojej rodzinie. Wspomniał, iż mozolnie odbudowuje relacje z byłą partnerką Vanessą, matką jego córek: "Rozstanie było błędem. Nie zdawałem sobie sprawy, że mam u boku tak wspaniałą kobietę". I dalej: "Męczy mnie sława. Osiągasz szczyt, wydaje ci się, że jesteś Bogiem, a krzywdzisz najbliższych. Moje córki wiele przeze mnie wycierpiały. Wielokrotnie błądziłem."

Najciekawsza wypowiedź całej rozmowy również rozpoczęła się spraw rodzinnych: "Pracuję po to, by moim córeczkom niczego nie brakowało. Mają jednak być świadome otaczającej je rzeczywistości i tego, że w Argentynie wciąż jest mnóstwo cierpienia."

Choć Tevez kilkukrotnie poruszył wątek tęsknoty za rodziną i przyjaciółmi ("Najlepiej czuję się w gronie 5-6 najbliższych przyjaciół, poznanych jeszcze w dzieciństwie"), zadeklarował - wbrew wcześniejszym twierdzeniom - że pogra w piłkę dłużej niż do 28 urodzin.

Dzięki prostolinijności reprezentanta Argentyny program jakich wiele okazał się czymś więcej. Widzom ukazał się młody, nieco zagubiony człowiek. Zdolny do tego, by otwarcie rozmawiać o swoich problemach: niemożności zaadaptowania się w nowym środowisku, kłoptach z nauką jezyka, tęsknocie za najbliższymi, czy bolesnych konsekwencjach nieprzemyślanych decyzji.

To także człowiek niepozbawiony społecznej wrażliwości, dobrze pamiętający skąd pochodzi i z jak niskiego pułapu rozpoczynał drogę na piłkarski szczyt. 

Tevez to oczywiscie wielka gwiazda, z milionami na bankowym rachunku - a jednak nie obwieszona złotem, zblazowana, czy zachwycona samym sobą.

Jaka szkoda, że gwiazdy współczesnego futbolu tak rzadko zdolne są do szczerości i otwartości à la Carlitos!

Na podstawie La Nacion i Noticias 24.

Strona Susany Gimenez.

PS Santos i Penarol Montevideo spotkają się w finale Copa Libertadores! To jak podróż w czasie - wspaniała gratka dla nostalgików. Któraś z wielkich piłkarskich firm odzyska po latach przerwy to najceniejsze klubowe trofeum Nowego Świata...

13:06, sergiuszbober
Link Komentarze (8) »
piątek, 21 stycznia 2011
Zdjęcie dnia: Caroline i Peter

Wczoraj krykietowy portal ESPN Cricinfo opublikował takie oto zdjęcie:

Fot: Getty Images

Dziewczyna z krykietowym kijem, tytułowa Caroline, to oczywiście reprezentująca Danię tenisistka Caroline Wozniacki, do której tak chętnie się przyznajemy.

Kim jednak jest tajemniczy Peter, wcielający się na zdjęciu w dość dla siebie obcą rolę wicket-keepera?

To Peter Siddle - australijski krykiecista, bardzo dobry fast-bowler. Uznać można go za jednego z niewielu Australijczyków, którzy nie zawiedli podczas ostatnich The Ashes (Aussies zostali dosłownie zmiażdżeni przez Anglię; była to ich pierwsza od 24 lat porażka u siebie w tej super prestiżowej serii).

Siddle momentami grał znakomicie. Znacznie lepiej od przereklamowanego Mitchella Johnsona, o innych bowlerach nie wspominając.

Podczas pierwszego test-meczu rozegranego w Brisbane, w pierwszym innings wyeliminował z gry aż sześciu Anglików, zaliczając przy okazji poniższy hat-trick (czyli wyeliminowanie trzech rywali w trzech rzutach z rzędu):

Dodajmy, że w krykiecie hat-trick to rzecz zdecydowanie bardziej niecodzienna niż w piłce nożnej. Szczególnie na poziomie testowym.

Spójrzmy bowiem do Playfair Cricket Annual 2010 (to coroczne kieszonkowe wydawnictwo zawierające rozmaite statyski). Na str. 84 możemy przeczytać, iż do 20 lutego 2010 roku we wszystkich testach (rozegrano ich do tej pory ok. 2 000) odnotowano zaledwie 36 hat-tricków!

Sceptycy mogą oczywiście twierdzić, że taki wyczyn to rezultat chwilowego natchnienia, czy dekoncentracji odbijających. Naturalnie przeczą im tak nawiska wyrzuconych graczy (Alistair Cook, Matt Prior), jak i przekrojowa statystyka z wszystkich pięciu spotkań, choć pierwszy rzut oka może być mylący. Wynika z niej bowiem, iż Siddle zaliczył o jednego wicekta mniej od wspomnianego Johnsona, który wystapił tylko w czterech meczach.

Czy więc nie przesadziłem pisząc, iż ten ostatni to gracz przereklamowany? Raczej nie. Siddle bowiem grał w miarę równo we wszystkich spotkaniach, a brak Johnsona w Adelajdzie wynikał z jego fatalnej postawy we wcześniejszym meczu. Był też bowlerem bardziej ekonomicznym (czyli rywale po jego rzutach zdobywali mniej punktów). Co więcej, lepiej radził sobie także w roli jednego z ostatnich batsmanów! Nie można przy tym zapomnieć, iż Johnson aż 9 Anglików wyrzucił z gry w Perth, a tamtejsze boisko to prawdziwy raj dla bowlerów - piłka po zetknięciu z nawierzchnią bardzo przyspiesza, a także wysoko się odbija, co bardzo utrudnia zadanie broniącym. Jakby tego było mało, na dokładkę pozostają jeszcze gwałtowne porywy słynnej morskiej bryzy (tzw. Fremantle Doctor), która dodatkowo dezorientuje i tak już mocno przerażonych batsmanów. Słowem, Siddle górą.

I tutaj pojawia się wielka zagadka.

Skoro Siddle był ostatnio najjaśniejszym punktem ogólnie beznadziejnej Australii, a Aussies aktualnie grają siedmiomeczową serię spotkań jednodniowych przeciwko Anglii (radzą sobie przyzwoicie, dzisiaj objęli prowadzenie 2 - 0, ale goście nie grali w najsilniejszym składzie), to dlaczego znajduje czas na tak mało istotne sprawy, jak sesje fotograficzne z uczestniczkami Australian Open? Tym bardziej, że dosłownie za chwilę rozpoczynają się krykietowe mistrzostwa świata...

Odpowiedź jest banalnie prosta. Otóż zdaniem selekcjonerów lepsi niż Siddle są ledwie wyleczony Brett Lee, Doug Bollinger, Shaun Tait i - uwaga, uwaga! - Mitchell Johnson. W ogłoszonym kilka dni temu ostatecznym składzie na mistrzostwa świata znalazło się miejsce nawet dla niedoświadczonego allroundera Johna Hastingsa.

Po kompromitującej porażce w The Ashes, wiele mówiło się w Australii o tym, iż najbardziej niekompetentny okazał się panel selektorów odpowiadających za dobór graczy. Rychły początek mistrzostw świata  spowodował, że z rozliczeniami postanowiono się wstrzymać. Oczywiście nie można wykluczyć, iż tym razem wszystko zadziała świetnie i broniący tytułu Aussies wrócą z Azji z Pucharem Świata.

A jeśli nie?

Polecą głowy. A brak nazwiska Siddle wśród graczy wybierających się do Bangladeszu, Indii oraz Sri Lanki z pewnością wykorzystany zostanie jako jeden z argumentów "za".

20:26, sergiuszbober
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 stycznia 2011
Contepomi lepszy niż Messi?

Słowo wyjaśnienia: Poniższy tekst odnalazłem dzisiaj w archiwum Futbolin. Choć ukończony 29 czerwca 2010 r., nigdy nie został opublikowany. Dotyczy na tyle ciekawej osobowości, że - w mojej opinii - wart jest odkurzenia. Dodam, że od tego czasu argentyńska reprezentacja rugby z Felipe Contepomim w roli kapitana rozegrała trzy spotkania, notując zwycięstwo z Włochami oraz porażki z Irlandią i Francją. Oto tekścik:

Argentyna żyje południowoafrykańskim mundialem. To stwierdzenie banalne. Jednak nad La Platą uprawia się także inne dyscypliny sportu. Ot, choćby rugby. W minioną sobotę na stadionie Velezu Sarsfield popularne Pumy (Los Pumas) zmierzyły się z uchodzącą za najlepszą w Europie piętnastką Francji.

Goście zebrali tęgie lanie, przegrywając 41 - 13. W ten sposób Argentyńczycy zanotowali najwyższe w historii zwycięstwo nad Francją i zarazem siódme w ostatnich dziewięciu spotkaniach tych drużyn. Ponadto zatarli fatalne wrażenie, wywołane niedawną porażką w testowym dwumeczu ze Szkocją.

Bohaterem sobotniego spotkania był wspomniany w tytule łącznik ataku Felipe Contepomi, którego dwa przyłożenia śmiało konkurować mogą ze slalomami Leo Messiego. Naprawdę warto spojrzeć (pierwsze: 2.00 min. poniższego video; drugie: 3.43).

Poza przyłożeniami Contepomi skutecznie wykonał także trzy podwyższenia i pięć rzutów karnych. Na tym poziomie 31 punktów zdobytych w tak urozmaicony sposób to rzadki wyczyn.

Popularny Dr Phil to postać niebanalna. Urodził się w 1977 roku w Buenos Aires, gdzie w popularnym klubie Newman rozpoczął przygodę z rugby. W reprezentacji zadebiutował w 1998 w meczu przeciwko Chile. Szybko się w niej zadomowił, bo jeszcze w tym samym roku wziął udział w prestiżowych meczach z Francją i Walią. Zrobił na tyle dobre wrażenie, by na kilka sezonów trafić do angielskiego klubu Bristol.

Szczyt formy osiągnął kilka lat później, w barwach irlandziego Leinster, z którym dotarł do półfinału Pucharu Heinekena (odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów) w 2006 roku. Największe wrażenie wywarła jego postawa w spotkaniu 1/4 finału, gdzie przeciwnikiem ekipy z Dublina był broniący tytułu potentat francuskiego rugby Toulouse. Hardy porteno zanotował wówczas 21 punktów oraz zgarnął nagrodę dla najlepszego zawodnika meczu.

Rok później odegrał wiądącą rolę w wyjątkowo dla Argentyny udanych mistrzostwach świata. W meczu otwarcia Pumas pokonały faworyzowanych gospodarzy, a nasz bohater zdobył 12 z 17 uzyskanych przez nie punktów. O punkt mniejszy dorobek uzyskał w ostatnim spotkaniu fazy grupowej przeciwko innemu faworytowi - Irlandii. Łatwe zwycięstwa nad Gruzją i Namibią pozwoliły Argentyńczykom ukończyć rozgrywki w grupie D na pierwszym miejscu.

W ćwierćfinale odprawiona została Szkocja (11 punktów Felipe). Dopiero w kolejnej fazie ekipa znad La Platy trafiła na przeszkodę nie do pokonania - późniejszych mistrzów świata, reprezentację RPA. Bolesna była to porażka (13 - 37), oddająca ogromny dystans dzielący oba zespoły. Contempomi zagrał dobrze. Wykorzystał dwa rzuty karne i skutecznie podwyższył przyłożenie swojego brata Manuela. Rysą na jego występie był błąd z pierwsze połowy: w 7 min. spotkania, gdy Argentyńczycy po raz pierwszy postanowili śmielej natrzeć na Springboks, podanie Contepomiego przechwycił Fourie du Preez i po 70-metrowym rajdzie zdobył ustawiające przebieg meczu przyłożenie...

W meczu o trzecie miejsce Argentyńczycy ponownie spotkali się z Francuzami. Wynik 34 - 10 mówi sam za siebie, a ich łącznik ataku rozegrał wyborne zawody notując dwa przyłożenia, trzy podwyższenia (z pięciu wykonywanych) i jeden, skutecznie wykonany, karny. W sumie w całym turnieju uzykał aż 91 punktów, a lepszy od niego był tylko legendarny Południowoafrykańczyk Percy Montgomery.

Felipe Contepomi w pamiętnej potyczce z Francją rozegranej na stadionie Velezu Sarsfield. Fot. Rodrigo Nespolo/La Nacion

W kolejnych sezonach Dr Phil wzbogacił swoją listę sukcesów o triumf w Pucharze Heinekena, którzy przeszedł mu koło nosa kilka lat wcześniej. Niestety, nie zagrał w edynburskim finale. Szyki pokrzyżowała mu kontuzja odniesiona w półfinale przeciwko Munster. Zanim doszło do zerwania więzadeł, zdołał zdobyć dla swej drużyny drop-gola.

W tym samym sezonie 2008/09 został najlepiej punktującym celtyckiej Magners League, którą jego drużyna zakończyła na trzecim miejscu. Łącznie zdobył 150 punktów. Drugi w zestawieniu Walijczyk James Hook zdobył ich aż o 34 mniej.

Po półrocznej rekonwalescencji nastąpiła radykalna zmiana klimatu: z deszczowej Irlandii Contepomi powędrował na południe Francji do Toulonu. Tam znalazł się w cieniu wielkiego Anglika Johnny'ego Wilkinsona, na szczeście zaoszczędzone siły potrafił znakomicie wykorzystać w błękitno-białej koszulce reprezentacji.

Seria wiosenno/jesiennych (zależy z której półkuli spojrzeć) spotkań Argentyńczyków z Francją i Szkocją, która zinspirowała niniejszą notkę była swoistym powrotem Felipe w szeregi Los Pumas. Rozbrat z drużyną narodową - trwający od rozegranego w listopadzie 2008 r. meczu z Włochami - trwał aż 19 miesięcy. Spowodowały go oczywiście urazy: najpierw krótkotrwała infekcja, a później wspomniana ciężka kontuzja więzadeł.

Powrót nie był łatwy. Pokazały to obie potyczki ze Szkotami, ale w końcu wszystko wróciło na swoje miejsce. Uzyskane przez Contepomiego 31 punktów w meczu z Francją to argentyński rekord jeśli chodzi o test-mecze. Dzieli go z kordobańczykiem Jose Luną, który w 1995 r., także w Buenos Aires, zagrał równie dobrze przeciwko Rumunii. To zarazem najlepszy wynik w potyczkach z Les Bleus. Poprzedni rekordzista Santiago Meson zdobył w 1992 r. w Nantes o 10 punktów mniej...

Wspomniałem, że Dr Phil to postać niebanalna. Bez wątpienia w wymiarze sportowym potwierdza to powyższa próba przedstawienia jego sylwetki. Jest jednak coś jeszcze. Otóż niecodzienny pseudonim, którym posłużyłem się kilkukrotnie nie wziął się znikąd. Przez wiele lat karierę zawodowego rugbysty Contepomi łączył ze studiami medycznymi. Ukończył je w maju 2007 r. otrzymując dyplom dublińskiego Royal College of Surgeons. Następnie przez pewien czas pracował w tamtejszym Beaumont Hospital. Na usta cisnie się tylko jedno: chapeau bas!

We wrześniu 2011 r. w Nowej Zelandii odbędą się mistrzostwa świata w rugby. Oby dla Contepomiego i Los Pumas okazały się równie pomyślne, jak te sprzed trzech lat.

12:57, sergiuszbober
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49