Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej. Argentyna, Brazylia, Kolumbia etc. Uwagi, analizy, komentarze, także konteksty pozasportowe.
Creative Commons License

BloGalaxia

Blogi Sportowe





Blog > Komentarze do wpisu
Anglia w krykietowym raju

Wczoraj, o godzinie 17.47 czasu Greenwich, zakończyły się tegoroczne Ashes. W tej nasłynniejszej krykietowej serii tym razem górą byli goszczący Australię Anglicy, którzy wygrali 2 - 1. Udało im się to dopiero po raz drugi od 1989 roku.

Przed rozpoczęciem gry czwartego dnia plan reprezentacji Anglii był prosty: wyeliminować wszystkich uderzających Aussies. Krokiem ku temu miało być możliwie najszybsze powstrzymanie nieźle radzącego sobie dzień wcześniej duetu Shane Watson - Simon Katich. Plan gości? Dokonać niemożliwego, czyli odrobić stratę wynoszącą aż 466 punktów.

Po zaledwie 24 rzutach Anglików na boisku nie było już Katicha. Piłki, jaki posyłali w jego stronę bowlerzy Stuart Broad i Graeme Swann były tak trudne, że popularny Kat do 42 punktów z soboty wczoraj dorzucił zaledwie jeden.

Jedno z krykietowych porzekadeł głosi, że skoro zaliczy się już pierwszy w danej sesji wicekt to za chwilę należy spodziewać się kolejnego. Tak było i tym razem. Zaledwie trzy piłki później przygodę z The Ashes 2009 zakończył także Watson, którego odprawił Broad. Wydawało się, że goście zostaną zmieceni z boiska...

Kiedy jednak z kije łapią takie tuzy jak weterani Ricky Ponting i Michael Hussey należy spodziewać się kłopotów. Lunch gospodarzom smakować musiał średnio, gdyż schodzili na niego przy stanie 171/2. Po przerwie było coraz bardziej nerwowo. Najlepiej oddawała to sytuacja, w której Paul Colingwood upuścił łatwą piłkę (pierwsza w 53 overze). W efekcie tego błędu Ponting, zamiast zasiąść na trybunach, coraz pewniej zdobywał kolejne punkty... Gdy na tablicy wyników pojawił się zapis 212/2, na londyńskim Kennington Oval nie rozbierzmiawały już tak donośne przed południem śpiewy. Publiczność niemal w milczeniu obserwowała popisy obu niezniszczalnych batsmanów. Ktoś musiał przerwać tę passę. Krykiecista najwyższej próby.

Do ostatniego w karierze test meczu Andrew Flintoff przystąpił z kontuzją kolana. Oczywiście oficjalnie był zdrów, ale każdy z obserwujących mecz widział wyraźnie, że Freddie wręcz utykał. Potwierdzały to także wyjątkowo przeciętne rezultaty jego poczynań, zarówno w roli batsmana, jak i bowlera. Jednak Flintoff to allrounder, a ci zwykle mają w zanadrzu coś jeszcze. Wystarczyło kilka sekund, by kulejący zawodnik powrócił do roli krykietowego herosa.

Po nienajlepszym odbiciu zamykającej 63 over piłki (rzucał Steve Harmison), Hussey ruszył po jeden, ryzykowny punkt. W przeciwnym kierunku zaczął biec Ponting. W międzyczasie piłkę złapał Flintoff i wykonał swój klasyczny płaski rzut. Kij Pontinga znajdował się daleko od bezpiecznego pola, gdy po przefrunięciu kilkunastu metrów piłka rozbiła stumps! Kapitan Australijczyków odbijał przez aż 157 minut, skutecznie współpracując z Hussey'em. Krykietowy instynkt zawiódł ich tylko raz. Rachunek za nadmierną pewność siebie wystawił Flintoff. To był dopiero trzeci wicket w tej części gry i zarazem przełomowy moment czwartego dnia meczu.

Zgodnie z przytoczonym powyżej porzekadłem, po zaledwie pięciu piłkach z boiskiem pożegnał się niebywale skuteczny w czterech pierwszych meczach Ashes Michael Clarke. Piłkę rzucił Swann, a refleskem i zimną krwią wykazał się kapitan Anglii Andrew Strauss (tzw. run out). Telewizyjne powtórki wyraźnie wykazały, że kij Clarke'a znajdował się na linii crease a nie choćby częściowo za nią, jak wymagają tego przepisy. Podobnie rzecz miała się z wyeliminowaniem Marcusa Northa. Po raz kolejny świetną piłkę posłał Swann. North usiłując ją wybić wyszedł poza bezpieczną strefę, co skrzętnie wykorzystał wicket-keeper Matt Prior.

Później sprawy potoczyły się stosunkowo szybko. Opór rozpędzonym Anglikom stawiał głównie niezmordowany Hussey (sądzę, że nieudana próba zdobycia runu, po której wyrzucony został Ponting, długo będzie go prześladować), nieco wsparcia udzielił mu Brad Haddin...

Mecz mógłby zakończyć się szybciej, gdyby bardziej skoncentrowani byli Colingwood (mnóstwo upuszczonych piłek) i Graham Onions.

Ostatecznie znakomitą serię rzutów zaliczył Harmison (kolejno piłkę łapali: Colingwood - wreszcie! -, Flintoff i Alastair Cook), a swoje dodał też fantastyczny w całym meczu Swann (catch Straussa).

Anglia zwyciężyła różnicą aż 197 punktów, odzyskując po 4 latach najcenniejszy krykietowy tytuł. Kolejne Ashes dopiero za dwa lata, tym razem w zwykle niegościnnej dla przyjezdnych Australii. Na szczeście w międzyczasie dobrego krykieta nie powinno zabraknąć...

Pełny scorecard przeczytać można tutaj.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009, sergiuszbober

Polecane wpisy

  • Pharrell Williams w Eretz Yisrael

    Nie będę się jakoś specjalnie rozpisywał... Po prostu, wersja robiącego ostatnio zawrotną karierę Happy z ulic, plaż i placów Tel Awiwu-Jafy jest moją zdecydo

  • Franciszek płaci jak Pan Bóg przykazał

    O tym, że w sercu Jorge Bergoglio klub piłkarski San Lorenzo zajmuje miejsce szczególne wiadomo nie od dzisiaj. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że ogranicza

  • Powrót marzeń "Nochala"

    Ów "Nochal" to oczywiście Lucas Viatri, który minionej nocy uratował nie tylko Boca Juniors, ale także śmiertelnie nudzących się kibiców. Do 68 min. spotkania R

Komentarze
2009/08/25 00:36:12
Tak naprawdę następne Ashes 2010/11 już za rok i 3 miesiące:

25 listopada 2010 - Brisbane
3 grudnia 2010 - Adelajda
16 grudnia 2010 - Perth
26 grudnia 2010- Melbourne
3 stycznia 2011 - Sydney
-
2009/08/25 09:17:43
Ooo, dzięki za terminarz! Oby nie było tak jednostronnie jak ostatnio.

BTW Szkoda, że skończyła się seria Sao Paulo. No ale w niedzielę jest znakomita okazja do powrotu na właściwą drogę ;)
-
2009/08/25 13:45:38
Szkoda, rzeczywiście. Trochę frajersko przegrany mecz, ale w końcu nie mogli wygrywać bez końca. Brasileirao to nie liga hiszpańska, a Sao Paulo to nie Barcelona czy Real.

Też myślę, że w niedzielę znów drobią 3 punkty do lidera :-), jeszcze wiele kolejek, żeby wyjść na czoło.

Obawiam się, że w Australii znowu będzie do zera...
-
timao
2009/08/25 15:25:12
Sergiusz, czy już jesteś w 100% na bakier z futbolem? ;) Liga argentyńska wreszcie ruszyła, a tu tylko krykiet. :)

Osobiście uważam, że to na pewno piękny sport, ale w Polsce chyba nawet nie ma gdzie go oglądać. Poza tym skoro mecze są takie długie to jak je pogodzić z futbolem i innymi dyscyplinami?
-
2009/08/25 20:39:36
@timao
Myślę, że do piłki wrócę :) Trzymam rękę na pulsie, więc mam mniej więcej pojęcie co się dzieje. Ale fakt, ostatnio lekkii kryzys mam ;) Jedno wiem na pewno, Futbolin blogiem wyłącznie krykietowym nie zostanie! W naszych realiach byłoby to chyba absurdalne...
Serdeczności!
S.
-
Gość: jand, *.multi-play.net.pl
2009/08/26 07:10:02
Sergiusz a ja mam pytanie na temat piłki.

Czy ktokolwiek w Boliwii ma zamiar kontrolowac to co sie tam dzieje?
Burdy na stadionach , nożownicy na boisku ,zachowania typu Jauregui.
Tamtejsze klasyki wydaja sie sprowadzac czesto do typowej ulicznej bijatyki.
-
2009/08/26 13:40:39
Hej jand! Przepraszam, ale muszę Cię rozczarować. Nie mam zielonego pojęcia o tym, co dzieje się aktualnie na stadionach boliwijskich. Słyszałem tylko o tej historii z nożownikiem...